Jakiś czas temu otrzymałem od Imagine Nation ofertę "pracy" (samozatrudnienie). Przyjąłem ją, ustaliliśmy wszelkie warunki, wypowiedziałem współpracę poprzedniej firmie. Gdy napisałem do nich po jakimś czasie, by dopytać jedynie o pewien szczegół, zaległa cisza. Brak odpowiedzi na kolejne maile. Pierwszy telefon odebrany tylko dlatego, że mój numer nie był zapisany w telefonie osoby, z którą się kontaktowałem. Wtedy osoba ta przy okazji wspomniała, że jednak nie wiedzą, czy mnie zatrudnią, bo koronawirus. Ok, rozumiem powagę sytuacji, ale nikt się ze mną wcześniej nie skontaktował, by mnie ostrzec, że to jednak nie takie pewne, jak było tydzień wcześniej. Gdybym sam nie zadzwonił, pewnie dalej żyłbym w błogiej nieświadomości, że jednak mam pracę, której w rzeczywistości mogę już nie mieć.
Obiecali, że wkrótce do mnie zadzwonią, by ustalić już na 100%, czy mnie zatrudnią, czy nie. I oczywiście brak kontaktu. Mieli zadzwonić w konkretnie określony dzień. Cisza. Dzwonię sam. Już nie odbierali mojego telefonu. Byłem zbywany obietnicami kontaktu następnego dnia, choć najczęściej nie było żadnego odzewu. I znowu cisza. Brak choćby smsa, że nie mogą teraz gadać. Brak telefonów czy maili. Potem po moich wielokrotnych telefonach - informacja, że ze względu na epidemię jednak mnie nie "zatrudnią". I zostałem na lodzie.
Zapytałem, czy mogę liczyć na chociaż 1-miesięczne wynagrodzenie, skoro już zawarliśmy umowę i wypowiedziałem współpracę dotychczasowej firmie. "Zastanowimy się i damy znać". Odpowiedź dostałem po umówionym terminie w formie... SMSa z obietnicą telefonu. Ale nikt już do mnie nie zadzwonił.
Potem zacząłem już bardziej oficjalnie (z ostrzeżeniem, że jestem gotów walczyć o swoje prawa w sądzie) domagać się 1-miesięcznego wypowiedzenia, na które to kilka tygodni wcześniej się umówiliśmy. Zadzwonił do mnie pan wiceprezes i członek zarządu Imagine Nation, więc niby poważny człowiek - postraszył mnie (przynajmniej tak mu się pewnie wydawało), obiecał pismo z reprezentującej ich kancelarii (czekam na nie już drugi tydzień...), kilkukrotnie zasugerował, że jestem nikim i że ma ważniejsze sprawy na głowie, a na koniec poprosił o kontakt za tydzień, bo jednak "po co się ciągać po sądach". Zadzwoniłem w umówionym terminie. Już przestał odbierać.
Ogólnie - forma kontaktu (a raczej jego unikania), jaką przybrał pan wiceprezes, to kompletna żenada. Naskakiwanie na odbiorcę przez telefon tylko dlatego, że żąda on miesięcznego wynagrodzenia jako umówiony okres wypowiedzenia zawartej umowy cywilnej, skoro to firma wystawia nowego pracownika i w praktyce czyni go bezrobotnym w tym wyjątkowo trudnym czasie. Udawanie, że chce się polubownie załatwić spór, ale z ciągłym zbywaniem w stylu "porozmawiajmy za X dni". Formalnie nie otrzymałem nawet maila, że nie są już zainteresowani moimi usługami, a gdy poprosiłem o jakiekolwiek pismo czy wiadomość mailową, że się chociaż odezwie (tak jak obiecywał w rozmowie telefonicznej) za te "X dni" albo że po prostu nie chcą ze mną już współpracować, to usłyszałem odpowiedź człowieka prawdziwie szlachetnego: "Prosić zawsze można". Dopytałem: "A czy Pan to zrobi?". Łaskawca odparł lekceważąco: "Zastanowię się". I po kolejnym nieporozumieniu w trakcie rozmowy - wiceprezes poważnej firmy rozłączył się w połowie zdania. Kulturalny człowiek na trudne czasy. Jak się domyślacie - "nie polecam tego użytkownika".
(usunięte przez administratora)