Moja opinia będzie długa, ponieważ jeszcze NIGDY nie spotkałam się z tak opryskliwym, zakłamanym i niewykwalifikowanym „personelem”. Moja babcia trafiła do tego szpitala zupełnie przez przypadek. Lekarz Amsolik, który nas przyjmował, powiedział, że tutaj zachowujemy się jak w szkole. Tylko on zadaje pytania. Jak więc można mieć jakikolwiek szacunek do takiego lekarza? Odpowiedź brzmi: Nie ma się najmniejszego. Druga sprawa, babcia została przyjęta z żółtaczką mechaniczną zagrażającą życiu (tak nam powiedział wyżej wspomniany lekarz). Przez tydzień leżała na sali dostając elektrolity w kroplówkach, ponieważ w szpitalu nie było lekarza, który mógłby podjąć się wykonania zabiegu. Nie przyjechał z Łodzi. Babcia robiła się coraz słabsza a kontakt z nią był znacznie utrudniony. Zaczęła dostawać psychotropy i być związywana pasami. Trzecia sprawa - zapewniono mnie, że babcia zostanie przewieziona do sąsiedniego szpitala, gdzie już wcześniej miała umówioną prywatną konsultację onkologiczną. Dzień przed konsultacją, zapytałam doktora Amsolika czy istnieje taka możliwość. Zapewnił mnie, że jak najbardziej tak i kazał spisać na kartce godzinę i nazwisko lekarza, z którym babcia miała mieć konsultację w sprawie chłoniaka. W dniu konsultacji zadzwoniłam do sąsiedniego szpitala. Okazało się, że czekali tam na babcię, lecz nikt się z nimi nawet nie skontaktował. Nie mam słów jak będąc lekarzem, jednocześnie można tak kłamać. Ale większość pseudo lekarzy w tym szpitalu zapomniała czym jest etyka lekarska. Czwarta sprawa - naburmuszone, wiecznie zmęczone pielęgniarki. Babcia nie mogła spożywać posiłków o własnych siłach, ale wspaniałomyślny personel i tak stawiał jej talerze z zupą obok łóżka z myślą, że cudownie nabierze sił i zje sama. Panie, które leżały z babcią na sali mówiły, że babcia nie była karmiona i nawet nie podano jej butelki z wodą. Dzwoniąc do pielęgniarek, twierdziły one, że babcia została nakarmiona i regularnie do niej zaglądają. Zaglądały może i tak, ale o jakiejkolwiek pomocy nie było mowy. Może czas aby Panie zmieniły pracę skoro wielkim wysiłkiem jest nakarmienie chorego.
Kolejna sprawa - nie odpuszczałam i codziennie chodziłam do pokoju lekarskiego dowiadywać się o stan babci, codziennie otrzymywałam wymijające odpowiedzi. Na pytanie czemu babcia leży z żółtaczką zagrażającą życiu bez żadnej pomocy powiedziano mi, że to nie zależy od nich. Lekarze najchętniej udzielaliby opinii o chorym w drzwiach, przy innych pacjentach czekających na korytarzu.
Podsumowując - babcia przez tydzień leżała z żółtaczka i nieleczonym chłoniakiem, w efekcie czego zaczęła się czuć coraz gorzej, nie miała siły mówić.
W tym szpitalu osoby, które dociekają, zadają pytania i interesują się chorym, traktowane są jak intruz. Ja natomiast nie odpuszczę, bo to jest karygodne. Szacunek mogę mieć do prawdziwych lekarzy, którzy wykazują chociaż minimum empatii i chcą pomóc - na marne jednak szukać ich w Tomaszowskim Centrum -haha paradoksalnie - Zdrowia. Polecam wszystkim aby dopytywać, drążyć temat, robić zdjęcia gdy coś Was niepokoi. Każdy pacjent ma swoje prawa a samowolka lekarzy powoli się kończy, niektórzy jednak nie mogą się z tym pogodzić, więc również proponuję aby zmienili zwód, bo i tak nie pomagają chorym w jakikolwiek sposób.