Początkowo praca dawała wielką wiarę, że głoszone przez Fundacje hasła o równości, o tym jak ważny jest głos kobiet, o szacunku czy godności będą realizowane także wewnątrz organizacji. To poczucie misji w którą wierzyłam i wciąż wierzę zamykało przez wiele miesięcy moje oczy na wewnętrzne relacje zespołu, na brak możliwości wyrażenia swojego zdania niezgodnego z kierunkiem głoszonym przez zarząd, na pracę ponad siły, na wypalanie się pracowniczek, które było traktowane jako „problem” tej konkretnej osoby, bo w NGO tak po prostu jest i już. To moje uczucie coraz większego rozejścia między tym w co wierzę i co głosi Fundacja na zewnątrz a tym jak traktowane są pracownice wewnątrz stało się nie do przyjęcia. Coraz bardziej odczuwalna była wyrwa między zarządem a częścią zespołu. Pracownice w imię „nie szargania” dobrego imienia Fundacji, która walczy o ważne rzeczy, odchodzą po cichu. Bardzo mocna pozycja zarządu, także w świecie innych organizacji pozarządowych, nie pozwalała wprost i oficjalnie wyrazić swojego sprzeciwu, gdyż rodziło to u mnie obawę w znalezienie nowej pracy.