W poniedziałek musiałem oddać samochód do mechanika – przegląd trzeba w końcu było zrobić. I tak go już odwlekałem. Olej,filtry, takie tam, wiosna idzie trzeba się przygotować. No i w związku z tym miałem trochę czasu, jakieś 3 godzinki. Przecież nie będę stał ludziom nad głową. Postanowiłem pojechac do sklepu w którym robiłem zakupy dzień wcześniej i oddać nietrafiony zakup. Jest taka opcja, na całe szczeście. W tamtą strone miałem fart bo podrzucił mnie właściciel warsztatu, jechał akurat w tamte okolice. Ale z powrotem to juz per pedes trza było - a dokładniej ujmując „per transportum publicum”. No i tu się zaczęło… Tak dawno nie jeździłem zbiorową komunikacją że już nie pamiętam. A i wtedy był to tramwaj i to tylko kilka przystanków jedną linią. Tu stanąłem przed nielada wyzwaniem. Połączenia bezpośredniego nie było. Przesiadki mnie czekały.Na początek bilety: ide do kiosku i prosze o trzy zwykłe – tak na wszelki wypadek. Ja ci patrzę a tu bilety na 40 minut i mnie wcięło. Zapłaciłem cos ponad dychę. Pomyślałem sobie – spoko, może to i lepiej, przesiadki mnie czekają to może na jednym dojadę , no góra na dwóch. Jak zostanie to moze sie kiedys przyda, jeść nie woła. Ale nie wziąłem jednego pod uwage. Połączenia sie nie zazębiają w czasie, a więc za stanie na przystanku też płacę. Poza tym połączeń nie sprawdziłem (mea culpa) Trochę jak dziecko we mgle się poczułem. Znam miasto trochę i ulice którymi miałem sie poruszac ale mimo wszystko nieprzygotowany do zadania byłem. Co innego jak sie swoim autem jedzie, a co innego jak sobie musisz nazwy ulic przypominać. Nic to, pomyślałem. Ochoczo powędrowałem więc na przystanek tramwajowy. Czekam, czekam (usunięte przez administratora) marznie. Spodnie zesztywniały, to co wspodniach to już nie mówię. Wieje nieprzmierzając jak w kieleckim. Przyjechał w końcu czarter. Wsiadłem. Ciepło chociaz przez chwilę się zrobiło, bo raptem 3 przystanki mogłem podjechać. Z nosa zaczęło mi cieknąć. a tu trzeba wysiadać. Teraz na przystanek autobusowy. 500 może 700 metrów – niedaleko. Tak się wydawało. Zapomniałem ze na nogach trzeba dojść. Brnę zatem przez śniegi – bo chodniki słabo odśnieżone. Jestem w końcu. Czytam rozkład, szukam ulic. Jest !!! zdaje się ze ten jedzie w moją stronę. jakies dziwne nazwy ulic któych nie znam są po drodze, ale powinienem dojechać. Poczekałem kilkanaście minut, znowu mi (usunięte przez administratora) zmarzła – trochę mniej, bo wiata była, ale jednak. Wsiadłem. Ciepło, może lekko zajeżdżało, ale w tym wypadku zdecydowanie lepszy lekki smrodek niż zimne śweże. Jadę, zerkam nerwowo na zegarek, bo jak znam moje szczescie to jak mi się czas skończy zaraz jakis kanar się napatoczy. Rozglądam sie, co to ? Ups, skręcam w ulicę w którą nie powinienem. Wysiąśc trzeba. Jasny szlag! Wysiadam zatem. Przystanek następny widzę niedaleko, morda mi sie cieszy mimo że sztywna jak maska. Uśmiechnąłem się i zęby mi zmarzły. W trzy minuty dotarłem, i czekam na dyliżans. Z rozkładu wychodzi że powinien juz być. Nie ma. Stoję i czekam, nos mi zamarzł, znaczy to co w nim miałem (usunięte przez administratora) ocyzwiście też. Zimno uśpiło moją czujność. Coś jedzie. Wsiadam, ciepło. Super, tłoku nie ma. Bilet się skończył, czas znaczy, kasuje więc drugi. Próbuję trafić w kasownik, bo trzęsie nieco, w końcu ulice pod koniec zimy są jak ser nieprzymierzając szwajcarski. Jest, udało się wszedł, rzegotnęło, rozgladam sie, a autobus zamiast prosto jechac, na pierwszym skrzyżowaniu skręca w prawo. Rwał twoja nać !!!. Skręcił i jedzie na Pszczółkę Maję czyli gdzieś lecz nie wiadomo gdzie. Wysiadam na pierwszym przystanku. Mróz jest, w końcu zima. Znów mi (usunięte przez administratora) marznie. Przystanek w drugą stronę jest na szczęście po drugiej stronie ulicy. czekam na jakikolwiek autobus, w końcu mam tylko jeden przystanek do przejechania, tylko że długi. Po kilku minutach przyjechał, wsiadam i jad (usunięte przez administratora) mi odmarza, ale nie całkiem bo za krótko jadę. Wysiadam i ide do przejsćia dla pieszych. Ulica szeroka po trzy pasy w każda stronę, więc czekam grzecznie, aż mi się zielone zapali. Mimo że długo to trwa, wolę nie ryzykować. Ślisko jest a ruch jak na Marszałkowskiej. W końcu i dla mnie zaświeciło zielone światełko. Wracam, na przystanek z którego odjechałem kilkanaście minut temu. Czekam na następny dyliżans. A (usunięte przez administratora) oczywiście marznie. minęło chyba z 10 minut i nic. Potem jeszcze dwie. I jeszcze jedna… Wytężam wzrok i…Jest, gdzieś w oddali majaczą wymarzone kształty – nie to nie moja żona, to autobus jedzie. Sprawdzam czy mnie nie wywiezie. Nie, tym razem ten pojazd podąża w dobrą stronę. Dupa mi zamarzła. Wsiadam, jadę bilet jeszcze ważny, ale nerwowo spogladam na zegarek. 4 przystanki i wysiadka. Teraz jeszcze trzeba przejść z 500 metrów do kolejnego przystanku. A wiatr jakos nie chce osłabnąć. nawet chyba z