Moja diagnoza tej firmy i jej podobnych (sorry, że takie długie):
Lata dziewięćidziesiąte i wcześniej to była (usunięte przez administratora) gospodarcza i (usunięte przez administratora)na rynku pracy. Kupe ludzi klepało biedę z powodu bezrobocia, bieda była na etatach. Ale jeśli ktoś umiał zaryzykować, mógł zainwestować, miał jakiś pomysł, ewentualnie znajomości, to można było zrobić niezłe pieniądze. Handlarze na bazarach sprzedający (usunięte przez administratora) potrafili zarobić w ten sposób ładne pieniądze, a jeśli ktoś potrafił rozkręcić import czegoś poważniejszego zza granicy, to przy braku pecha i z odrobiną głowy na karku i ew. znajomości mógł się stać takim małym lokalnym "oligarchą". Raz, że była z tego kupa kasy (bo w Polsce nie było nic), to i można było się pławić (całkiem zasłużenie) dumą, że nie dość, że jest się elitą finansową społeczeństwa, to jeszcze w poebanym kraju na (usunięte przez administratora)rynku pracy stwarza się miejsca pracy. Tak powastały takie firmy rodzinne, również Nowa. Tacy ludzie całkiem zasłużenie dziś na starość mogą się cieszyć, że coś stworzyli i trochę dobrego przy okazji dla ludzi zrobili (ale nie oszukujmy się też, bez ludzi by to wszystko się tez tak nie rozkręciło). Przez następne długie lata w atmosferze niezmiennej patologii na rynku pracy takie firmy tworzyły wokół siebie otoczkę (usunięte przez administratora), bo "tworzymy miesca pracy", oferujemy naszym pracownikom stałą pracę i wypłatę na czas. To była właśnie ta patologia: jesteśmy super, bo zatrudniamy, dajemy umowę na czas i umowę o pracę... ZATRUDNIENIE NA UMOWIE I KASA ZA PRACĘ przedtawione jako ATUTY!!! Nosz (usunięte przez administratora) I Niestety, kolejne pokolenia szefów manadżerów, które wychowały się na tym stylu kreacji wizerunku firmy, nie zauważyło, że mamy 2019 r. Nadal nie jest dobrze, ale jest na tyle lepiej na rynku pracy, że wszystko, co można powiedzieć o takich fiirmach, jak Nowa, to to, że kadra manadżerska to prawdziwi Janusze biznesu. Pracowałem krótko w Nowej. I poza kilkoma fajnymi znajomościami, to od pierwszej pensji już myślałem, gdzie (usunięte przez administratora) I opłaciło się. Jeśli młody człowiek ma jakieś ambicje, nie jest zaniedbany intelektualnie i choć trochę pracowity, a przy tym nie zrobił sobie z miejsca pracy bezpiecznego gniazdka, z którego żal odchodzić, to na dzień dobry jest w stanie znaleźć pracę za dwukrotność stawek w tej firmie (czy to w logistyce, czy w handlu, czy w finansach). Mnie się tak udało. Po kilku latach od tego czasu udało mi się dojść do wielokrotności tych żałosnych pensyjek popartych słodnich (usunięte przez administratora)że "firma się rozwija", że "kariera", że "stabilna praca" i "pensja na czas". I nie odnoszę sukcesów i nie piszę o tym dlatego, bo taki zdolny i (usunięte przez administratora) jestem, nie. Jestem całkiem przeciętny i wcale nie mądrzejszy, niż ludzie, których poznałem w Nowej (no, prawie;). Po prostu zobaczyłem już po kilku tygodniach, jak bardzo jestem dymany. Każdy niestety pracodawca jakoś (usunięte przez administratora) swoich pracowników, inaczej do Polski nie sprowadziły by się te wszystkie korporacje z wielomiliardowymi obrotami. Ale dziś na rynku pracy standardy zmieniły się na tyle, że poziom tego dymania jest zupełnie gdze indziej, niż w Nowej. "Góra" tego nie chce zobaczyć, póki ktoś jednak przychodzi do pracy Ale jeśli sytuacja w kraju i - co za tym idzie - na rynku pracy nie wróci do poprzedniego poziomu, to w końcu firma to odczuje. Nikt, kto się szanuje, jest młody i chce się rozwijać, nie przyjdzie do takiej firmy. Nie wystarczy płacić na czas marnej pensji i brandzlowac się faktem, że jest umowa. Oj, nie wystarczy to już młodym, którym inni chcą płacić dużo więcej, w lepszej lokalizacji i z realną obietnicą, że jak zepnie poślady, to za parę lat będzie zarabiał 2 i 3 razy więcej. Zostaną u was tylko ci, którzy już nie muszą w życiu nic zmieniać i jest im dobrze i przyjdą tylko ci, którzy nie moga się załapać nawet do Lidla na kasę (z szacunkiem do wielu ciężko pracujących w Lidlach i im podobnych.... za większą kasę). Taka jest niestety polska myśl biznesowa, która zapomniała, że żeby coś wyjąć, najpierw trzeba coś włożyć. To wyjmowanie kosztem pracownika już się kończy tak, jak skończyły się lata dziewięćdziesiąte.