Pracowałem trochę w Zorce. Zaczęło się dość sympatycznie. Panie w kadrach miały bardzo fajne podejście do kandydatów. Szybko przeszliśmy do rozmowy kwalifikacyjnej. Przebiegła dość sympatycznie. Byłem tylko zaskoczony pytaniami o moje kwalifikacje. Jakoś nijak się miały do stanowiska, na które aplikowałem. Myślałem jednak, że zrobiłem dobre wrażenie i pytania są pro forma. Generalnie moje wrażenia były bardzo pozytywne. Szybko jednak okazało się, że podpisanie umowy o pracę było niczym zażycie pigułki przez Neo w Matrixie. Przez wiele miesięcy firma nie była w stanie wyposażyć mnie w odzież, która była "bardzo istotna". Musiałem sam sobie kupić a potem prać odzież używaną do pracy. Nie dostałem za to nawet podziękowań a co dopiero zwrotu gotówki. Szybko okazało się też, jak faktycznie wygląda płaca. Za godzinę pracy miałem otrzymywać jakąś stawkę plus premie. Jednak Zorka uwielbiała widzieć ludzi pracujących w soboty. Wtedy stawka godzinowa ulegała oczywiście zmianie. Jednak premii już nie było. Zatem praca w sobotę była płatna jak praca w poniedziałek. Jeszcze gorzej, kiedy w dzień powszedni zostałem dłużej. Wtedy mogłem zobaczyć na ustach kierownictwa uśmiech i... 75% stawki typowej za pracę przez 8 godzin w dzień powszedni na świstku. Zagadką był też dodatek akordowy. Z czasem poznałem jego tajemnicę. Z akordem nie miał nic wspólnego. Chyba, że na jego wysokość wpływ miały akordy zasłyszane w muzyce w biurze. Poznałem też prawdę, dlaczego moi przyszli przełożeni zadawali takie dziwne pytania podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Zajmowane stanowisko było odwrotnie proporcjonalne do posiadanych kwalifikacji. Nieliczne wyjątki potwierdzały regułę, że im wyższe stanowisko, tym skromniejsza wiedza i kwalifikacje. Wszelkie sugestie dotyczące poprawy jakości i wyników produkcji były niczym recytowanie "Pana Tadeusza" Chińczykowi. Wisienką na torcie były upały i mrozy. Marna wentylacja, brak klimatyzacji i ciągle wysokie wymagania podczas upałów (do 40 stopni na hali) to była produkcja kolejnej deski do trumny. Zimą z kolei czasami musiałem wyjść na zewnątrz a firma wyposażyła mnie tylko w t-shirt. Znów musiałem kupić sobie sam coś, co pozwoliło mi spędzić trochę czasu na zewnątrz. Na hali zawsze duże zapylenie i opary farb, kleju i innej chemii. Na koniec zmiany standardem jest "zamiatanie" podłóg na hali sprężonym powietrzem. Rozwój. W Zorce nie ma czegoś takiego. Ze szkoleń były tylko BHP i efekty radosnej twórczości kierowników i brygadzistów. Za kursy, które uznałem za istotne w pracy, musiałbym sam zapłacić i nie było szans, żeby to się odbiło na mojej pensji. Wyjątkiem były tylko kursy ( lub tylko egzaminy) dla stanowisk, na których trzeba było mieć jakieś uprawnienia. Oczywiście w grę wchodziło TYLKO przedłużenie uprawnień. Za ich zdobycie ludzie płacili sami. Zorka nie partycypowała w kosztach uzyskania uprawnień przez osoby starające się o prace w tej firmie. Ostatnia godzina w Zorce była jedną z najszczęśliwszych w moim życiu. Mój komentarz potraktujcie nie jako wspomnienia a ostrzeżenie. W Zorkę inwestujecie bezzwrotnie swoje zdrowie a nawet życie.