Pracowałem na stanowisku dyspozytora. Zajmowałem się w firmie wszystkim. Od planowania transportu, zarządzania flotą, nadzorowania stanu technicznego pojazdów, rozliczanie kierowców i przewoźników, przez sprawy kadrowe, po wożenie kierowców do samochodów czy zamiatanie. Codzienne nadgodziny w firmie to norma i to nie dlatego że się nie wyrabiałem tylko musiałem brać udział w spotkaniach o 15:45 które trwały godzinę/dwie (przypominam byłem tylko szeregowym pracownikiem). Czas wolny nie jest uznawany przez firmę. Pod telefonem trzeba być 24/7, połączenia o 1-3 w nocy to norma, bo się zepsuł samochód i trzeba wszystko zaplanować od nowa. Tak samo sobota, mimo że wolne ciągłe telefony i bycie w pogotowiu. Wracając do samochodów, cała flota to stare szroty. Stała awaria połowy samochodów to norma. Firma zatrudnia więcej kierowców a później pretensje do dyspozytora dlaczego ich nie planuje (w szczytowym momencie miałem planować 8 kierowców na 3 samochody).
Wynagrodzenie jest odrobinę wyższe niż średnia na stanowisku, ale i tak różni się to co jest ustalane na rozmowie rekrutacyjnej a co jest efektem końcowym, bo premia jest uznaniowa (podobno jest nikt jej nie widział). O wypłacie za nadgodziny nie ma mowy. Pracujesz 8-16 a wszystko inne robisz charytatywnie z obowiązku. Biuro zagracone, nie ma jak przejść, toaleta wspólna z innymi firmami na korytarzu, sprzątana chyba raz na miesiąc, miejsc parkingowych nie ma kompletnie.