Pracowałam w tym przedszkolu jako nauczycielka i moje doświadczenia były na tyle złe, że szczerze odradzam pracę w tej placówce. To, co opisuję poniżej, to moje osobiste obserwacje i sytuacje, z którymi się tam mierzyłam.
Atmosfera była toksyczna już od wejścia. Plotki, podjudzanie pracowników przeciwko sobie i wchodzenie dyrekcji w prywatne konflikty było na porządku dziennym. Zamiast wsparcia – ciągłe napięcie i poczucie, że trzeba uważać na każde słowo. Niezależnie od dyrekcji, która również często się zmieniała. Atmosfera ciągle była taka sama, a każda kolejna dyrektorka nie dość, że nie próbowała jej naprawić, to śmiem sądzić, że dodawała oliwy do ognia.
Największy problem to jednak dramatyczne braki kadrowe. Niejednokrotnie zostawałam sama z pełną grupą 2,5-latków nawet przez trzy godziny. To nie jest ani bezpieczne, ani zgodne z tym, co obiecywano rodzicom. Kiedy zgłosiłam, że tak się pracować nie da i jest to poważne zagrożenie dla dzieci, usłyszałam, że „nikt nie obieca, że będę z kimś na sali”. Tymczasem rodzice byli przekonywani, że opiekę sprawuje aż troje nauczycieli. Rzeczywistość była zupełnie inna.
Placówka obiecuje rodzicom różnorodne zajęcia, których po prostu nie da się tam realnie przeprowadzać, bo kadra jest przeciążona i nie wystarcza na to czasu podczas dnia. Co gorsza, słyszałam wielokrotnie sugestie, że najlepiej „wpisać w raport, że były”, nawet jeśli ich nie było, bo rodzice się skarżą, że dzieci za mało się bawią.
Dyrekcja nagminnie przymykała oczy na różne niepokojące sytuacje, w tym takie, które w mojej ocenie wymagały natychmiastowej reakcji, np. kiedy ojciec szarpał swoje dziecko na korytarzu. Zgłoszenie tego niczego nie zmieniło, dyrektorka stwierdzila, że nie było jej w placówce, więc nic się nie stało i nie wesprą świadka.
Opieka specjalistyczna również była traktowana w sposób, który mnie szczerze przeraził. Kiedy chciałyśmy kierować rodziców do poradni PPP z powodu wyraźnych sygnałów, że dziecko wymaga wsparcia, usłyszałyśmy, że mamy „tego nie robić, bo rodzicom się to nie podoba”. W mojej opinii to stawianie PR-u ponad dobrem dzieci.
Dodatkowo zainstalowano nam kamery z informacją, że służą wyłącznie do monitorowania wejść do sal. Szybko okazało się, że to nieprawda – zaczęły się spotkania „wyjaśniające”, bo „coś było widać na kamerach”. Odebrałam to jako jawną inwigilację i łamanie własnych zasad.
Kwestie finansowe były kolejnym absurdem. W grudniu nie tylko nie było żadnej premii (i ok - takie zasady), ale jeszcze obcięto nam wynagrodzenie o ok. 300 zł. Dyrekcja nie potrafiła wyjaśnić dlaczego – usłyszałam, że „sama nie wie”. Trudno to uznać za profesjonalne podejście.
System premiowania za niebranie L4 tworzył chore warunki pracy. Osoby, które zachorowały, po powrocie musiały słuchać insynuacji, że udają (od innych pracowników i od dyrekcji). Zamiast troski o zdrowie – presja, by przychodzić chorym. Pieniądze były małe i niewarte naszego zdrowia, ale wielu czuło, że są zmuszeni, aby podczas choroby i tak pojawiać się w pracy. Prowadziło to do błędnego koła zarażania siebie nawzajem.
Kolejna sprawa to brak kwalifikacji wśród części kadry. W czasie, kiedy tam pracowałam, tylko 3 osoby miały odpowiednie kwalifikacje (na dwie placówki!).
Zgłaszałam te i inne nieprawidłowości do zarządu – bez jakiejkolwiek reakcji. Odnosiłam wrażenie, że bardziej liczą się układy i kolesiostwo niż dobro dzieci czy pracowników.
Podsumowując: w mojej opinii to miejsce jest po prostu niewiarygodne, chaotycznie zarządzane i niebezpiecznie ignorujące problemy. Mam nadzieję, że moja opinia komuś pomoże uniknąć podobnych doświadczeń.