Dziekanat Wydziału Architektury, godzina dwudziesta i półmrok na korytarzu. W gabinecie profesora, który w całej swojej karierze zaprojektował jedynie osiedlową wiatę na śmietniki (i to z błędem w spadku dachu), siedzi komisja egzaminacyjna. Na stole leżą dwa stosy projektów.
Profesor bierze do ręki genialny, nowatorski projekt przeszklonego muzeum, autorstwa studenta, który od początku studiów ma same piątki. Przegląda go z rosnącą furią, po czym z impetem stawia wielką, czerwoną dwuję.
– O nie, nie, kolego! – fuka pod nosem profesor. – Co to ma być? Lekkość? Światło? Samonośna konstrukcja? My tu na wydziale kultywujemy tradycję solidnego, betonowego kloca! Za dużo pan myśli, za dużo pan potrafi. U nas zbytnia inteligencja tylko zaburza harmonijny proces dydaktyczny.
Następnie sięga po drugi projekt – krzywą, nudną jak flaki z olejem koncepcję parkingu piętrowego, naszkicowaną na kolanie przez studenta jadącego od trzech lat na samych trójkach. Profesor od razu promienieje, bierze zielony długopis i wpisuje mocne cztery plus.
Młodszy asystent, który jeszcze nie nasiąknął tą atmosferą, pyta nieśmiało:
– Panie profesorze... ale dlaczego? Tamten chłopak to przecież genialny, młody talent. Dlaczego pan go oblał, żeby przepchnąć tego przeciętniaka?
Profesor poprawia niemodne okulary, patrzy na asystenta z góry i odpowiada z rozbrajającą szczerością:
– Mój drogi, zasada jest prosta. My, wykładowcy tego wydziału, nigdy w życiu nie zaprojektowaliśmy niczego, co wyszłoby poza schemat klocków z PRL-u. Nie po to od trzydziestu lat nienawidzimy zdolnych i kreatywnych ludzi, żeby teraz jakiś ambitny gówniarz z piątkową średnią psuł nam humor swoimi talentami! Trójkowi studenci to nasza bezpieczna przyszłość – nigdy nas nie prześcigną, nie wpędzą w kompleksy, a jak skończą studia, to z dumą zaprojektują kolejny, idealnie nudny market z wielkiej płyty. Równowaga w przyrodzie musi być!