Polak14.02.2017 09:03
Inne
Pracowałem tam kilka miesięcy. Większość ludzi przyjętych tam przede mną była normalna, za to od momentu kiedy zacząłem tam pracować był facet, który nie umiał łopatą machać, ale go przyjęli bo miał grupę inwalidzką albo gość, który zdawał się być psychopatą, a przynajmniej tak się wyrażał. Aczkolwiek pracownicy byli w miarę okey mimo wszystko. Za to dyrekcja i brygadziści (Roman i Klarysa) to pożal się Boże godne najgorszych słów nieroby. Ewidentny brak jakiegokolwiek pojęcia o sprzątaniu (ja bez doświadczenia umiałem po tygodniu więcej od nich, a ponoć kiedyś też sprzątali), wymagania adekwatne do sprzątania w pałac, a nie obiekcie handlowym czy biurowcu, sprzęt stary i zużyty, odzież to jedynie kurtka, niektórzy po kilku prośbach i długim okresie czekania dostawali spodnie, czy buty ochronne.
Dodatkowo były OBOWIĄZKOWE nadgodziny. Ja tam pracowałem, aby się nie narobić i nie zarobić. Taka prawda. Jak były nadgodziny lubiłem je robić, czułem że w jakiś sposób wreszcie zarabiam, ale kiedy miałem gorszy dzień i tak musiałem tyrać np. na dachui odśnieżać albo lepiej, kuć języki lodu na dachowym parkingu bo mimo, że nikt tam nie parkował poza dyrekcją obiektu(5-10 samochodów) to i tak trzeba było je rozkuć. Np. mycie posadzek polegało na przejechaniu mopem po maszynie myjąco-czyszczącej przy samych ścianach i balustradach. Jedynie koło restauracji myło się dokładniej. Dlaczego taka fuszerka? Bo było niemożliwe w 4h wyrobić się ze wszystkim. Poza tym obiecywanie umowy o pracę po okresie 3 mies. to też była zwykła strategia mająca na celu zatrzymania ludzi przy sobie.
Brygadziści chodzili i sprawdzali jakość pracy podwładnych. To zrozumiałe, ale często czepiali się do rzeczy, których nie było czasu robić. Np. "omiatacz" miał na celu zamiecenie podłóg pod ławkami, czy w trudno dostępnych miejscach, jechanie szerokim mopem do kurzu i piachu po korytarzach itd. Oczywiście to nie była ciężka praca, ale zrobienie wszystkiego na tip top było niemożliwe znowu z braku czasu. A nikt nie chciał zwiększyc godzin pracy. Zaczyna się od 5 konczy o 9 i tyle. Nikogo nie może być na terenach dostepnych dla klientow po godzinie 9 rano. A Hectas nie chciał dawać pracy od 3 czy 1 w nocy bo musialby za duzo płacić.
Potem dowiedziałem się, że trzeba chodzić na specjalną stację odpadów. Prosta praca, maksymalnie 2-3h dziennie i to nie zawsze ciebie wybierano, więc niby spoko. Tylko teraz kwestia finansowa. Zarabiasz 7 zł netto na godzinę, spędzasz na stacji 2h czyli to daje 14 zł, a na bilety MPK wydajesz (albo i nie) 5,20. Daje ci to za 2h pracy wiesz ile? 8,80. Dlatego nie cierpiałem tamtej roboty mimo, że polegała na wrzucaniu do maszyny kilku kartonów i worków do drugiej obok. Naciśnięcie przycisku i tyle, czekanie, aż zgniecie odpadki, czy kartony.
Mycie okien i wind też było bardzo ciekawe, dopóki nie okazało się, że sprzętem, którym pracujemy nie da się tego zrobić porządnie. Po wymianie sprzętu wszystko było łatwiejsze, ale to nastąpiło pod koniec mojej pracy w Hectasie.
Mimo wszystko jednak, godziny zawsze były dobrze rozliczone, czasami nawet dostawaliśmy więcej, niż było w grafiku za pracę poza głównym obiektem. Na to nie mogę narzekać absolutnie, tylko podejście brygadzistów i kierowniczki nie zawsze było odpowiednie do pracowników ;) Aczkolwiek było wszystko do zniesienia.
Jeśli masz lepszą ofertę pracy w firmie, która też płaci to lepiej wybierz inną firmę.
W skali od 1 do 10 daję Hectasowi mocne 6, ale gdyby nie uchybienia jakie pewnie są do teraz, byłoby co najmniej 8 mimo, że zarobić to się tam nie da.