Wynagrodzenie najniższa krajowa, wypłacana w terminie. Premia pod stołem, o ile się na nią zasłuży (czytaj: o ile kierowniczka/koordynatorka/menager ma dobry humor i nie postanowi pracownika ukarać za rzekomy bałagan na sklepie/posiadanie swojego zdania/za niski utarg/inwentura ze zbyt dużymi brakami/lub jak się złożyło wcześniej wypowiedzenie (mimo, że premia liczona jest za poprzedni miesiąc)).
Umowa o ile ma szefostwo/koordynatorka czas, z opóźnieniem zwykle do pół miesiąca.
Zaplecze - klitka, metr na metr. Brak ogrzewania (chyba, że któreś z pracowników przyniesie swój własny piecyk). Brak ciepłej wody (ale jest czajnik - również należący do pracowników).
Zwierzęta przywożone chore (również przez kierowniczkę, nie tylko bezpośrednio przez dostawcę). Brak kontaktu z weterynarzem (niby jakiś był na początku, ale i to się skończyło). Leków nie mogło być na sklepie, ale jak była pilna potrzeba przewiezienia zwierzaka na sklep, na którym są, to nie było komu tego zrobić (przykładowo króliczek 4m-ce w porywach, z biegunką od rana, koło 14 zszedł mi na rękach, bo nie mogłam się doprosić pomocy, a nie trzeba było wiele, by przeżył, inny przykład: świnka z grzybicą zajmującą mniej więcej 2x2cm na grzbiecie - jedna z dziewczyn zaraziła się od niej).
Co do zwłok, to trupiarnia w zamrażalniku na zapleczu, pomiędzy mrożonym pokarmem dla ryb. Często zajmowała połowę miejsca. Zabierali zwłoki dopiero jak już szefostwo pojawiało się na sklepie. W innym przypadku, było to bardzo trudne do załatwienia.
Podmianki wody w akwariach zimną wodą (duża ilość padów oczywiście z winy pracownika, nie dlatego, że miały szok termiczny, przyjechały chore itp.). Wiadra noszone do toalety należącej do obiektu - koło 20m.
Osoby przyjmowane do pracy - tylko takie bez doświadczenia, którym łatwo wmówić, że to co się dzieje na sklepie jest ok. Jak już zorientują się/dowiedzą/nauczą, że tak nie powinno być, zwykle odchodzą.
Praca po 12h dziennie, z tym, że mniej więcej pół tygodnia wolne.