Mobbing!
Tak mogę nazwać pracę w Banku Spółdzielczym w Kobierzycach. Nikomu nie życzę tego, co ja tam przeżyłam.
Miałam wypadek w górach i poważnie uszkodziłam kolano – do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Poinformowałam mojego menedżera, że nie mogę przyjść do pracy z powodu wypadku. Zamiast zrozumienia i odrobiny współczucia usłyszałam, że muszę przyjechać do banku i przekazać kasę koleżance z innej placówki przez system. Myślałam, że to żart, ale on mówił poważnie. Według niego z uszkodzonym kolanem miałam przejechać przez cały Wrocław tylko po to, żeby przekazać pieniądze.
Tłumaczyłam, że zgodnie z zaleceniem lekarza przez dwa tygodnie nie mogę chodzić. Poprosiłam, żeby chociaż sam przyjechał do mnie i odebrał klucze. Odpowiedź była odmowna – „musisz przyjechać i koniec”. Takiego braku empatii i zwykłego człowieczeństwa nie spodziewałam się spotkać w pracy.
Po tym wszystkim chciałam zrezygnować, ale z powodów osobistych nie mogłam wtedy odejść.
Kiedy opowiedziałam o całej sytuacji koleżance z banku, usłyszałam, że powinnam była „ładnie poprosić menedżera, żeby przyjechał”. Tylko że to należało do jego obowiązków, więc nie było tu nic do proszenia!
Jeśli chodzi o pracę w banku ogólnie, mam mieszane uczucia. Była to moja pierwsza praca w tym sektorze – wiele się nauczyłam i początkowo było to ciekawe. Ale po dwóch latach mogę powiedzieć, że część szkoleń była kompletnie nieprzydatna. Najbardziej rozczarowało mnie szkolenie z kredytu hipotecznego, które wprowadzono obowiązkowo dla doradców klienta po likwidacji stanowiska doradcy kredytowego. Szkolenie ograniczało się do ogólników – czym jest kredyt hipoteczny i jakie są oprocentowania. Zero praktycznych informacji: jak wyglądają dokumenty, na co zwrócić uwagę przy ich przyjmowaniu, żadnych przykładów. Jedno spotkanie i od razu do sprzedaży. A kiedy pojawiał się problem i dzwoniło się po pomoc do działu kredytów, zamiast wsparcia można było usłyszeć tylko niezadowolenie, że się „zawraca głowę”. W efekcie kończyło się na tym, że trzeba było czytać regulaminy samemu. A później jeszcze szła skarga do menedżera, że „nic nie wiem”.
Pracowałam jako Młodszy Doradca Klienta (wcześniej na stanowisku referenta). Awans w placówkach we Wrocławiu graniczy z cudem – ogromna konkurencja, klienci to głównie firmy i seniorzy, więc sprzedaż kredytów hipotecznych, które były wymagane do awansu, była praktycznie niemożliwa. Łatwiej mieli pracownicy placówek poza Wrocławiem (Kobierzyce, Jordanów, Łagiewniki), gdzie konkurencji było mniej. Uważam to za niesprawiedliwe, bo warunki pracy były zupełnie różne.
Jeśli chodzi o ludzi – z całego serca dziękuję kolegom z oddziału przy ul. Poniatowskiego we Wrocławiu. To naprawdę najlepsi pracownicy tego banku, pełni zrozumienia i ludzkiego podejścia. Tego niestety brakowało w Kobierzycach i z filii we Wrocławiu, gdzie zamiast współpracy panowała atmosfera donosów. Tam zamiast pomóc, czekano tylko na Twój błąd, żeby zgłosić go kierownictwu. Koleżanka z filii potrafiła nawet poniżać mnie przy klientach, wytykając, że coś źle mówię i nikt mnie nie rozumie.
Podsumowując – w maju nie otrzymałam przedłużenia umowy. Nie żałuję tego, bo dzięki temu trzymam się z dala od toksycznych ludzi. Zdrowie psychiczne jest ważniejsze niż praca w takim środowisku. Jeśli zobaczysz oferty pracy w tym banku – lepiej szukaj gdzie indziej.