Wydział Nauk o Zdrowiu Akademii Zamojskiej to miejsce wyjątkowe. Nie trzeba szczególnie dużo robić, rozwijać nauki ani nawet regularnie prowadzić powierzonych zajęć. Wystarczy się pokazywać, odpowiednio uśmiechać i wiedzieć, komu oraz kiedy złożyć życzenia imieninowe.
Wydział funkcjonuje w nowoczesnym ustroju monarchicznym. Formalnie ma dziekana, ale życie organizacyjne skupia się wokół „królowej” — tak nazywają ją studenci. Dworski dystans i wyjątkowo oszczędne pojawianie się na własnych zajęciach tworzą wizerunek majestatyczny. Większość zajęć, które miała prowadzić, zwyczajnie się nie odbywała. Najwyraźniej królowa nie naucza — królowa panuje.
Zamiast inwestować w młodych pracowników, którzy mogliby rozwijać badania i dydaktykę, chętniej promuje się zaprzyjaźnione pielęgniarki w wieku emerytalnym. Rodzinna atmosfera nie jest pustym sloganem: zatrudniono męża królowej. Z pewnością wszystko odbyło się transparentnie i bez konfliktu interesów. Pozostaje zapytać, kiedy do zespołu dołączy córka.
Najważniejszym wydarzeniem w kalendarzu nie jest konferencja, publikacja ani akredytacja, lecz imieniny królowej. Ich ranga jest tak doniosła, że można zamknąć budynek i odwołać zajęcia, aby także panie sprzątające zdążyły na uroczystość pod Zamościem. Personel sprzątający zajmuje szczególne miejsce w obiegu informacji. Można odnieść wrażenie, że są to oczy i uszy dworu: wiadomo, kto przyszedł, kiedy wyszedł i jak długo przebywał w budynku. Naukę trudno dostrzec, ale monitoring obecności działa bez zarzutu.
Nad królestwem formalnie czuwa dziekan - chudy księciunio. Podczas zebrania wydziału przebrał się za kapitana, a pracownicy uczestniczyli w inscenizacji związanych ze statkiem. W końcu po to przychodzi się na uczelnię wyższą: żeby założyć czapeczkę, pobawić się w marynarzyka i opowiedzieć załodze, jak znakomicie dowodzi się jednostką.
Trudno oczekiwać cudów, skoro do zarządzania wydziałem wybrano biologa bez doświadczenia w kierowaniu podobną jednostką ani przygotowania z zarządzania. W publicznych biogramach znajdziemy dorobek naukowy, trudniej zaś praktykę w zarządzaniu ludźmi, finansami i dydaktyką. Najwyraźniej kierowania wydziałem najlepiej uczyć się od razu na żywym organizmie.
Wygląda też na to, że z Uniwersytetu Medycznego przywieziono nie tyle nowoczesne standardy zarządzania, ile stary akademicki algorytm awansu: mierny, bierny, ale wierny. Nie trzeba mieć własnego zdania — wystarczy właściwy patron i lojalność. Poprzednia „królowa matka” miała pomóc kapitanowi objąć ster, a kiedy przestała być potrzebna, została wyrzucona za burtę. Wierność jest więc ceniona przynajmniej do chwili, w której wierny poczuje się wystarczająco silny.
Nie nazwę tego statku Titanikiem. Titanic miał klasę, elegancję i orkiestrę. Tutaj mamy raczej stary, hałaśliwy kuter, który dymi, nabiera wody i próbuje robić wrażenie transatlantyku. Kapitan marzy o wielkiej flocie, ale nie zauważa, że jego jednostka przecieka.
W oficjalnej Strategii rozwoju Wydziału na lata 2024–2030 zapowiedziano Collegium medicum, pracownie, przychodnię, rehabilitację, hotel, liceum, przedszkole, żłobek i piętnaście sal dydaktycznych. Brakuje chyba tylko portu kosmicznego. Ten sam dokument przyznaje, że brakuje pieniędzy, kadry i kandydatów. Krótko mówiąc: nie ma pieniędzy, ludzi ani studentów, ale jest wizja. A przede wszystkim jest kapitan.
Od października 2026 r. miało ruszyć anglojęzyczne pielęgniarstwo. Wcześniej miały powstać anglojęzyczna strona, program, kadra i system rekrutacji zagranicznej. Na kilka tygodni przed startem trudno było znaleźć ślady realizacji tej strategii.
Polecam wszystkim, którzy cenią układy zależności, rodzinną atmosferę rozumianą dosłownie, dworskie obyczaje, przebierane zebrania i rozwój naukowy występujący głównie w strategii.
Pięć gwiazdek dla teatru organizacyjnego. Dla uczelni wyższej trudno wystawić choć jedną.
Vivat Academia, vivant histriones !