Bell to kolejna rodzima firma z branży kosmetycznej, która rusza na podbój Azji
To konsekwencja naszej obecności na targach kosmetycznych w Dubaju, z których właśnie wróciliśmy – wyjaśnia Krzysztof Pałyska, prezes i założyciel firmy Bell. Nie ukrywa, że poszukiwanie nowych rynków zbytu to jeden z priorytetów przedsiębiorstwa. Powodów tego jest wiele, m.in. kłopoty, z jakimi borykają się odbiorcy polskich kosmetyków na wschodzie Europy. Tak dzieje się na przykład w Rosji, choć była rynkiem, od którego rozpoczęła się ekspansja zagraniczna marki.
psav zdjęcie główne
– Już od kilku lat staramy się uniezależnić od odbiorców z tego kierunku. W tym roku szczególnie, obserwując problemy z terminowym płaceniem za towar przez naszych wschodnich partnerów – tłumaczy prezes Pałyska. Dodaje, że jeszcze kilka lat temu udział klientów z Rosji w przychodach firmy wynosił 50 proc. Dziś jest to już tylko około 15 proc.
Kosmetyki Bell można już kupić w 40 krajach świata. Ostatnio do grona odbiorców dołączyły firmy z Singapuru, Hongkongu, Estonii, a także Maroka, Iranu oraz Tajwanu. Producent prowadzi rozmowy m.in. z partnerami w Iraku, Katarze, Tunezji, Egipcie i Bahrajnie, poszukuje też nowych rynków na zachodzie Europy.
Zawalczyć o Polskę
Eksport to jednak nie wszystko. Firma stara się umocnić swoją pozycję również na krajowym rynku. Zwłaszcza w tym roku jest on w kręgu jej zainteresowań – jako odpowiedź na kłopoty na światowych rynkach.
– Eksport ciągle jeszcze przewyższa sprzedaż w Polsce. To jednak powoli się zmienia. Jeszcze kilka lat temu za granicą sprzedawaliśmy 80 proc. naszej produkcji. Dziś jest to około 70 proc. W ubiegłym roku obroty wyniosły 80 mln zł – wylicza Krzysztof Pałyska.
Zapytany jednak, dlaczego mimo tak znaczących sukcesów słychać w mediach przede wszystkim o innej polskiej marce – Inglot, bez wahania odpowiada, że to kwestia salonów własnych, w które inwestuje ta marka, przez co jej rozwój jest bardziej spektakularny.
– My kosmetyki sprzedajemy w sklepach multibrandowych. Na razie nie zamierzamy zmieniać strategii działania. Nasze produkty są zbyt tanie, by obroniły się we własnych sklepach. Inwestowanie w sieć sprzedaży wydaje się więc na razie nieopłacalne – komentuje prezes.
Historia marki swoje początki ma 30 lat temu, czyli w czasach, w których kosmetyki kolorowe pochodziły głównie z importu i były do kupienia za dolary w Peweksie. Wtedy właśnie Krzysztof Pałyska dostrzega w tej niszy szansę dla siebie. Jak się okazuje, nie jest jedyny. To czas, kiedy powstają inne znane polskie marki, jak m.in. Dr Irena Eris, Dax Cosmetics czy Vipera. Początki są skromne. Zaczyna od produkcji opakowań plastikowych do kosmetyków i dezodorantów w małym zakładzie w Opaczy na Mazowszu. Minifabryka zatrudnia wówczas cztery osoby.
Produkcję dezodorantów podpowiada Pałysce bratowa, z wykształcenia chemik. Okazuje się to strzał w dziesiątkę. Bell w tamtych czasach staje się jedną z pierwszych polskich firm, która inwestuje w ten produkt.
Produkty w barterze zaczynają trafiać na rynki wschodnie, głównie do Rosji. Przychodzą jednak lata 90. – i wymiana z przyczyn politycznych się kończy. Firma jest zmuszona szybko znaleźć alternatywę dla dezodorantów, która zapewni jej przebicie na innych rynkach. Wybór pada na kosmetyki kolorowe.
– Nie była to przypadkowa decyzja. W latach 90. dystrybucję trzeba było prowadzić na własną rękę. Trzeba było w związku z tym mieć produkt, który w dużych ilościach można zmieścić we własnym samochodzie – wspomina Pałyska.
Dopasowane opakowanie
Firma buduje nowy zakład do produkcji kosmetyków i opakowań w Józefowie, bo na rynku tych ostatnich wciąż pozostaje. Jak tłumaczy prezes, to świadoma strategia, według której produkt będzie dobry, gdy będzie dopasowany pod każdym względem, a więc wsad musi idealnie współgrać z opakowaniem. Kolejnym etapem jest inwestycja we własne laboratorium R&D, w którym specjaliści dbają, by kosmetyki nie tylko upiększały klientki, ale też dbały o ich cerę. Efektem ich prac jest podkład, który wyrównuje koloryt, kryje niedoskonałości, dbając przy tym o skórę, czy kolekcja hypoalergicznych kremowych cieni do powiek skierowana do osób o wrażliwych oczach i noszących szkła kontaktowe.
Firma stawia przy tym na współpracę z ekspertami z polskich uczelni – Politechniki Warszawskiej czy Uniwersytetu w Białymstoku. Bell ma też własne laboratorium mikrobiologiczne, które sprawuje kontrolę nad jakością produktów. Oprócz tego współpracuje pod tym względem z zewnętrznymi placówkami, by mieć pewność, że wyroby spełniają wszystkie standardy. Podejście Bell do produkcji zostaje docenione przez zachodnie koncerny. Wiele z nich zleca zakładom polskiej firmy produkcję kosmetyków pod swoimi markami. Jakie to są firmy? Tego prezes nie chce ujawni