Pracowałam tam już jakiś czas temu, ale jakoś mnie wzięła nostalgia, więc pomyślałam, że opiszę me dzieje dla potomności.
Ogólnie to wytrzymałam tam chyba lekko ponad 2 tyg. co w sezonie jest równowartością dwóch miesięcy moim zdaniem. Przynajmniej tak się czułam.
W zasadzie wszystkie opinie, które zostały tu umieszczone mogę potwierdzić, nie jest to najprzyjemniejsze miejsce. Nie rozumiem hejtu na Jolkę, dla mnie była w porządku. No może czasami trochę za bardzo się nudziła i lubiła stać nad czyjąś pracą. W sumie to współczuję tym menadżerkom, bo się zmieniają co miesiąc i przez cały ten miesiąc muszą robić dwunastki. Nic dziwnego, że im odwala. Ja też robiłam chyba głównie dwunastki, chociaż zdarzyły się dwie ósemki zaraz przed odejściem. Miałam też 3 dni wolne, więc nie było tak źle.
Co mnie zastanawia to brak hejtu na Elkę. Nawet wtedy jak tam pracowałam to wszyscy jej bronili, co mnie doprowadzało do szału. Ona dosłownie wywołuje syndrom sztokholmski. Jednego dnia wydrze się o byle bzdurę, a następnego pokazuje zdjęcia obłoczków, które zrobiła i udaje, że nic się nie stało. Z jakiegoś powodu już dzień przed początkiem jej zmiany zdążyłam ją zdenerwować (Powiedziałam jej dobranoc, gdy kończyłam zmianę, a ta mi na to, że nikt mi nie powiedział dobranoc. A ja na to, że ja jej mówię dobranoc, a ona, "niech się pani zastanowi co pani mówi przecież jest jeszcze jasno" xD. była 19). Raz na środku baru, przy klientach zaczęła mnie wypytywać gdzie sypiam, czy w swoim pokoju, czy w pokoju kolegi. Oskarżała mnie o kłamstwo, gdy powtarzałam, że sypiałam tylko i wyłącznie u siebie. Odpuściła gdy jej powiedziałam, że to sobie wypraszam i żeby spytała mojej współlokatorki. Tyle tam pracuje i nie wie, żeby nie słuchać wszystkiego co jej Witek bajdurzy?
Rzuciła też raz kluczami w pracownika, to mnie chyba najbardziej wkurzyło. Było jeszcze śmiesznych akcji, ale to można by pisać i pisać.
W każdym razie nieźle jej musiałam zaleźć za skórę, bo jak pół roku później odwiedziłam innych pracowników, ciągle jeszcze pluła jadem (wiedziała, że przyjeżdża koleżanka, ale nie wiedziała, że to ja, więc mówiła, że jak najbardziej mogę tam przenocować za darmo i żeby dobrze mnie nakarmić. Musiała mieć dobry dzień:). Ja zdecydowałam się spać w jadalni na ławce, bo bardziej przygodowo, ale jak Ela się dowiedziała, że to ja, to musiałam zapłacić 8 dych za taką przyjemność. Najdroższa ławka w moim życiu).
Z tymi kamerami to prawda, nie wiem, czy ci właściciele nie mają co robić tylko siedzą i patrzą się. Raz był taki ruch, że z dziewczynami w trzy byłyśmy na barze, one już zdążyły zjeść obiad, a ja nie bo nie chciałam ich zostawiać. Jak zobaczyłam, że ruch nie maleje, w końcu za namową poszłam zjeść. I tu problem, bo w kuchni nie można jeść, bo menadżerka po (usunięte przez administratora) da, blat z tyłu zawalony ciastami, a w jadalni nie ma miejsca, bo klientów za dużo. W końcu znalazłam miejsce na piętrze, bo tam nie każdy ma dostęp. Prawie się porzygałam, bo tak szybko zjadłam, a jak wróciłam okazało się, że właściciel dzwonił z prośbą, żebym stała się aktywnym członkiem baru. Na szczęście podsłuchów nie ma, więc można obgadywać.
Ogólnie zabawnie było i nie żałuję, że tam pojechałam (był to niezły *experience*), ale też bym nie wróciła. Może na mnie ten syndrom sztokholmski też podziałał, bo trochę mam nostalgię. Ale no, spoko kasa, więc fajnie sobie dorobić w wakacje i uciekać czem prędzej.
P.S. nie polecam dawać numeru facetom od wyciągu nawet jak ci dadzą za darmo jechać.