Pracowałam w Muzeum Mydła przez kilka lat i to, co mnie tam spotkało, to cały wachlarz nadużyć, mobbingu, przemocy słownej, kłamstw i wyzysku. Współpracownicy tworzyli zgrany team, jednak najbardziej problematyczne było szefostwo. Nie znam osoby, która również tam pracowała i nie byłaby wykończona psychicznie atmosferą panującą w tym miejscu.
Wieczne problemy z umową i wynagrodzeniami - to, co na umowie, to jedno, a faktyczny zakres obowiązków był taki, że trzeba było robić właściwie wszystko. Kiedy próbowałam zgłaszać nieprawidłowości związane z umową, szef wprost powiedział, że jest tak dlatego, że szefowa mnie nie lubi. Komunikacja - dramat, oczekiwania szefostwa zwykle były niejasne, a często wręcz zmieniały się co chwila lub pozostawały w sprzeczności ze sobą. Wszystko oczywiście za najniższą krajową, ewentualnie z premią świąteczną w postaci długopisu z logo firmy i bonu 50 zł na produkty Bydgoskiej Wytwórni Mydła XD
Opóźnianie wypłat, nieprawidłowości w wypłacanym wynagrodzeniu (zbyt częste, by mogły być tylko przypadkiem), skąpienie na produkty niezbędne do pracy, zmuszanie pracowników do oszustw (zamiast wypłaty nadgodzin wynikających z umowy kazano nam wystawiać Muzeum faktury z działalności nierejestrowanej). W pandemii próbowano nam całkowicie odebrać wynagrodzenia.
Kompletny brak szacunku do pracownika: ilekroć ktoś miał własny pomysł, były mu podcinane skrzydła. Atmosfera czy warunki pracy, a co za tym idzie jakość usług, były dla szefostwa bez znaczenia - liczył się tylko zysk. A do nas mieli pretensje, że w ogóle śmiemy oczekiwać wynagrodzenia za swoją pracę. Szefostwo zresztą zachowywało się kompletnie nieprofesjonalnie i niedojrzale, wiecznie kłócąc się pomiędzy sobą i obwiniając nas za rzeczy, które w ogóle nie leżą w zakresie odpowiedzialności pracowników. Dramat.