Ale jaja! To trzeba było nagrywać! W grupie było nas czterech uczestników i jedna kobieta. Instruktorem był gość, który – moim zdaniem – przyleciał z Saturna. Nie umiem tego do końca opisać, ale pamiętam, jak pierwszego dnia powiedział nam:
„Ja będę dla was takim nauczycielem, który nie powie wam ani słowa, a nauczycie się więcej, niż zapłaciliście. Więcej, niż sami tego chcecie. A siódmego dnia będziecie w stanie sami szkolić nowych uczniów – i sami będziecie tego potrzebować.”
Pomyślałem wtedy, że to żart. Jednak nie – gość dotrzymał słowa, bo dokładnie tak się stało.
W trakcie kursu odkrył przed nami prawdę: egzamin kwalifikacyjny to nie jest główny cel, tylko połowa drogi. Zaliczyliśmy go już trzeciego dnia, pod okiem komisji – to był hard rock! Choć byliśmy przygotowani na maksa, i tak nie było innej opcji – nikt nie wychodzi ze szkoły, dopóki nie pospawa wzorowo. Możliwe, że specjalnie nie przyjmowali za pierwszym razem, żebyśmy naprawdę zrobili spoinę idealną. Pokazywałem później zdjęcia spoin egzaminacyjnych kolegom z pracy – komentowali, że mają w firmie robota spawalniczego, który spawa podobnie.
Gdy już przeszliśmy ten etap, instruktor zapakował nas w busa i zabrał do sauny, a potem na trawę – leżeć, wąchać drzewa, obserwować świat i zejść z tego transu. Potem do domu – spać.
Dalej było coraz ciekawiej – po egzaminie wszyscy byliśmy rozluźnieni i spawaliśmy jak tylko się dało: bokiem, na jednej nodze, leżąc na ziemi… Różnymi metodami, TIG i MMA. Aż w końcu przyszli nowi kursanci – z oczami jak u kotków – a my im tylko: „chop-siup i gotowe!” Dobrze, że nie wiedzieli, co ich czeka, bo by się zestresowali jeszcze przed startem.
Czy polecam? To mało powiedziane. Polecam każdemu, kto chce zostać morskim komandosem spawania! 💪
Cieszę się, że mam zdjęcie naszej grupy i naszego „guru” – jego imienia przez cały kurs nie mogłem wymówić, bo było naprawdę skomplikowane.
A gdy ktoś z Grand Spawu to przeczyta – serdeczne pozdro od Marcina, który spalił kombinerki w pierwszy dzień! 😆