Pracowałm w tej firmie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, jak to wszystko wygląda od środka. I szczerze? Nie dziwi mnie ani trochę, że ludzie stamtąd uciekają.
Organizacyjnie jest kompletny chaos. Zadania na wczoraj, wieczne zmiany koncepcji i kierunku firmy, ciągłe dokładanie obowiązków, presja na tempo i jednocześnie oczekiwanie, że wszystko będzie bezbłędne. A kiedy coś nie wychodzi, najłatwiej oczywiście zrzucić winę na pracownika. O tym, że może problem leży w zarządzaniu i braku organizacji, nikt nie chce słyszeć.
Największym problemem tej firmy nie są jednak same obowiązki, tylko sposób traktowania ludzi. Kuba- małżonek szefowej, który w praktyce miał bardzo dużo do powiedzenia, mimo że formalnie — z tego, co mi wiadomo — nie był związany z firmą Anny Witkowskiej, potrafił skutecznie zatruć atmosferę. Krzyki, wyzwiska, nieprzyjemne odzywki, wywieranie presji i próby zastraszania — takie sytuacje się zdarzały. Trudno normalnie pracować, kiedy zamiast zwykłej rozmowy człowiek musi się zastanawiać, w jakim nastroju przełożony przyjdzie danego dnia.
Moim zdaniem panowało tam przekonanie, że pracownikowi wystarczy najniższa krajowa, niezależnie od tego, ile umie, jak długo pracuje i ile obowiązków na siebie bierze. O podwyżkach można było zapomnieć, bo każdy błąd był dobrym argumentem przeciwko nim. O szacunku do ludzi chyba również.
Premie? Uznaniowe, przyznawane według niejasnych zasad (oczywiście wypłacane nieformalnie) Zdarzały się też sytuacje, w których po L4 pracownik miał wybierać między odpisaniem dni z urlopu a utratą premii. Takie podejście do ludzi naprawdę trudno nazwać normalnym.
Dla mnie to miejsce jest przykładem tego, jak brak organizacji i niewłaściwe podejście do pracowników potrafią zniszczyć cały zespół.