Jeśli ktoś zastanawia się nad pracą w jednym z tych salonów – radzę najpierw porozmawiać z byłymi pracownikami. Można się sporo dowiedzieć.
Dwa salony, a rotacja fryzjerów taka, że można odnieść wrażenie, że stanowiska pracy są bardziej „na chwilę” niż na dłużej. Kolejni fryzjerzy przychodzą i odchodzą, co chyba samo w sobie daje już sporo do myślenia.
Warunki również pozostawiają wiele do życzenia. Umowy zlecenia na 40, 60 czy 80 godzin, podczas gdy w praktyce pracuje się po około 9 godzin dziennie, od poniedziałku do soboty. Do tego marny procent od klienta i wieczne pretensje właściwie o wszystko.
Z jednego z salonów odeszła również osoba pracująca na recepcji. Z jej relacji wynikało, że atmosfera i sposób komunikacji były dla niej na tyle trudne, że zdecydowała się zrezygnować z pracy. Pojawiały się nieprzyjemne komentarze dotyczące wyglądu, a jednocześnie oczekiwanie, żeby za niewielkie pieniądze traktowała pracę jak „własny biznes”. Zakres odpowiedzialności momentami bardziej menadżerski niż recepcyjny, ale wynagrodzenie już zdecydowanie nie.
Do tego atmosfera, w której obgadywanie ludzi jest chyba jednym z podstawowych elementów życia zespołu. Jedna osoba mówi na drugą, druga na trzecią, a człowiek zaczyna się zastanawiać, kiedy sam trafi na tapet.
A szefowa? Wielka dama. Wymaga zaangażowania, odpowiedzialności i dyspozycyjności od innych, ale za fotelem fryzjerskim raczej jej nie zobaczycie. Łatwiej wymagać od pracowników, niż samemu zakasać rękawy.
Podsumowując: dwa salony, ciągła rotacja pracowników, umowy nieadekwatne do rzeczywistego czasu pracy, marne prowizje, wymagania z kosmosu, wieczne pretensje i atmosfera, w której lepiej uważać, co się mówi.
Jeżeli ktoś szuka stabilnego miejsca pracy i normalnego traktowania – zanim wyśle CV, naprawdę warto dobrze się zastanowić.