Praca spedytora sama w sobie jest ciężka, jak to w TSL. W biurze miałem jednak dobre warunki - klimatyzację latem, ciepły grzejnik zimą, służbowy telefon, laptop i wygodne stanowisko w open space z resztą ekipy.
Szef jak szef, czasami miał swoje humory, ale z drugiej strony przy JDG i ogarnianiu kilkudziesięciu ciężarówek, warsztatu, mechaników i całej firmy pewnie trudno być cały czas uśmiechniętym. Najważniejsze dla mnie było to, że wypłata zgodnie z umową wpływała na konto do 10. dnia każdego miesiąca. Jak był lepszy miesiąc i dobre ładunki, zdarzały się też całkiem fajne premie.
Z urlopem nie miałem większych problemów, zazwyczaj brałem go wtedy, kiedy potrzebowałem. Zdarzało mi się też pracować zdalnie podczas choroby. Generalnie, jeśli robota była zrobiona, nikt się nie czepiał. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że w spedycji czasami zostawało się godzinę czy dwie dłużej, a telefon od kierowcy potrafił zadzwonić także wieczorem albo w nocy.
Standardowo pracowałem od 8:00 do 16:00. Zarobki były dobre, a firma jest dobrze położona przy S8, więc dojazd był wygodny. Obok jest też Orlen i bar, więc w razie czego można było normalnie coś zjeść.
Najwięcej nerwów miałem chyba nie z samą firmą, tylko z niektórymi kierowcami, których prowadziłem. Jak wszędzie w transporcie - jedni są bezproblemowi, inni potrafią dać człowiekowi popalić.
Na plus zapamiętałem też sytuację, kiedy zepsuło mi się prywatne auto. Szef pozwolił mi naprawić je na firmowym warsztacie i nie wziął ode mnie za to ani złotówki.
Z firmą rozstałem się normalnie i bez konfliktu. Znalazłem po prostu pracę bliżej domu, bo wcześniej traciłem około dwóch godzin dziennie na dojazdy. Jakiś czas temu przejeżdżałem obok firmy i widziałem nowe ciągniki i naczepy, a plac chyba został powiększony, więc wygląda na to, że firma dalej się rozwija.
Podsumowując: praca jak to w TSL - momentami stresująca i wymagająca, ale warunki finansowe były w porządku, wypłaty terminowe, a z szefem można było się dogadać.