Trudno przejść obojętnie wobec poziomu arogancji, z jakim miałem okazję się zderzyć. CEO spóźnił się na spotkanie rekrutacyjne, po czym w połowie mojej wypowiedzi stwierdził, że musi kończyć, bo minęło zaplanowane 30 minut. Ani przepraszam, ani do widzenia; On tu jest CEO i po prostu cierpi na brak elementarnej kultury.
Cała rozmowa to pokaz słownych fajerwerków o „partnerstwie”, „wymaganiach”, „ambicjach firmy” ALE zero konkretów o warunkach, ofercie czy perspektywach. Kandydat ma tylko słuchać, kiwać głową i... nie przeszkadzać. Na koniec: rzucone od niechcenia „proszę podesłać swoje analizy”. Jakie? W jakim celu? Na podstawie jakich kryteriów będą oceniane? Odpowiedzi brak. Jasny sygnał: masz dostarczyć wartość, ale nie zawracać głowy.
Rekrutacja w tym wydaniu to teatr pozorów. Brak szacunku do czasu i zaangażowania drugiej strony, brak profesjonalizmu i jakiejkolwiek transparentności. Feedback? Kolejne puste obietnice, których spełnienie pozostaje w sferze fantazji. Jeśli tak wygląda „partnerstwo” od pierwszego kontaktu, to aż strach pomyśleć, co dzieje się wewnątrz organizacji.