Panią Chazbijewicz, jako pracodawcę, oceniam źle. Umowy cywilnoprawne (zlecenie) zamiast umowy o pracę, mimo że spełniane są wszystkie warunki stosunku pracy, są na porządku dziennym. Pani Chazbijewicz, chcąc się chronić, w umowach zlecenie wpisuje 'segregowanie dokumentów, porządkowanie segregatorów', mimo że te młode niedoświadczone studentki księgują dokumenty firm od A do Z. Przy umowie o pracę oficjalnie najniższa stawka, pod stołem reszta w kopercie - plus jest taki, że nie robi problemów z oficjalnym zwiększeniem tej stawki w postaci aneksu do umowy o pracę, kiedy pracownik stara się np. o kredyt. Oferuje minimalną stawkę krajową, uważa że pracownik powienien wiedzieć co gdzie się znajduje i w ogóle wszystko, mimo że nikt mu tego nie pokazał. Jej ulubiony frazes 'nie jest pani sprzedawcą cebuli, tu trzeba się kształcić!'. Owszem, zgoda, tylko że sprzedawca cebuli zarabia tyle samo a takich wymagań nikt mu nie stawia. Jest osobą onieśmielającą, zdarzyło się że jedna z pracownic wróciła z jej gabinetu z płaczem, przez co obecne młodziutkie pracownice nic jej w twarz nie powiedzą, a za jej plecami są oburzone bo pracy jest za dużo w stosunku do ilości pracowników, cytuję 'my za... A ona prawie nic tam nie robi'. I w ten sposób przy terminie podatku dochodowego czy też VAT zostawanie po godzinach (średnio 18-19, rekordowo do 22) to nic szczególnie zadziwiającego. Z punktu widzenia pracownika - omijać z daleka.