poradnik dla pracownika

Jak wygląda praca tłumacza polskiego języka migowego? Rozmowa z Alicją Szurkiewicz

Osoby niesłyszące stanowią znaczącą część polskiego społeczeństwa. Mimo swojej niepełnosprawności coraz częściej mogą uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych i koncertach, a dostępność do nich możliwa jest, dzięki pracy tłumaczy polskiego języka migowego. O tym, jak wygląda praca przy tłumaczeniu koncertów i bajek, opowiada nam Alicja Szurkiewicz, tłumaczka PJM, współpracująca z Fundacją Kultury bez Barier.

Pracuje Pani jako tłumaczka polskiego języka migowego. Kiedy nauczyła się Pani tego języka?

Jestem dzieckiem CODA (dorosłym słyszącym dzieckiem niesłyszących rodziców). Co ciekawe, Polski Język Migowy (PJM) był pierwszym językiem, z którym miałam styczność i którego się nauczyłam. Moi rodzice nie słyszą, dlatego naturalnie komunikujemy się w naszym domu polskim językiem migowym. Proces nauki zarówno języka migowego, jak i języka polskiego był dla mnie bardzo naturalny, wynikał z przyzwyczajenia i środowiska, w którym dorastałam.

Czy to, że zna Pani PJM od dziecka w jakiś sposób ułatwia Pani naukę nowych znaków?

Język migowy, tak jak język mówiony cały czas się zmienia, ewoluuje. Powstają nowe słowa, slangi, znaki. Język migowy “żyje”, więc jego nieustanna nauka jest koniecznością, nie tylko w pracy zawodowej, ale także w codziennym życiu. Mogę powiedzieć, że dzięki temu, że znam go od dziecka, to nieco łatwiej jest mi wychwytywać i przyswajać nowe znaki, niż osobom słyszącym.

Czy w związku z tym, że wychowała się Pani w rodzinie osób niesłyszących, to od zawsze wiedziała Pani, że chce zajmować się tłumaczeniem zawodowo?

Środowisko osób niesłyszących od zawsze było mi bliskie. Wychowałam się w nim i bardzo mocno w nie wsiąkłam. W wielu prywatnych sytuacjach zdarzało się, że musiałam tłumaczyć coś moim rodzicom, byłam dla nich taką osobą wspierającą w codziennym życiu. Chociaż w zasadzie nie powinnam tego robić, bo dziecko nie jest profesjonalnym tłumaczem i w wielu sytuacjach może się pomylić. Jeśli chodzi o moją ścieżkę edukacji, to z wykształcenia jestem pedagogiem specjalnym (surdopedagogiem). Pracowałam w ośrodku szkolno-wychowawczym, więc otoczenie osób z niepełnosprawnościami zawsze było mi bliskie, również w pracy. Sama nie wiem, czy od zawsze chciałam tłumaczyć zawodowo. Z opowieści mojej rodziny wiem, że często wspominałam, że chciałabym być tłumaczką w przyszłości i tak po prostu potoczyła się moja droga życiowa.

Co najbardziej ceni Pani sobie w pracy tłumacza PJM?

Przede wszystkim czuję, że cały czas się rozwijam. W tej pracy nigdy nie ma nudy. Każde tłumaczenie związane jest z czymś innym, z innym tekstem, z innymi emocjami i innym przekazem. Moja praca jest bardzo rozwijająca i zaskakująca, ponieważ codziennie spotykam się z innymi zadaniami. Mogę śmiało powiedzieć, że praca jest moją pasją. Daje mi ona wiele satysfakcji. Wykonując tłumaczenia zawsze z tyłu głowy mam moich rodziców i to, że dzięki mojej pracy mogę im udostępnić świat. Cieszę się, że obecnie osoby G/głuche mają dużo większy dostęp do kultury, niż jeszcze kilkanaście lat temu.

Przyp.red.: Zapis G/głusi związany jest, z tym że duża litera odnosi się do osób, które uważane są za mniejszość kulturową (najczęściej są to osoby, które nie słyszą od urodzenia i nie miały możliwości poznania świata osób słyszących, np. kultury związanej z fonicznym językiem polskim). Mała litera oznacza, że mamy na myśli osoby, które straciły słuch w trakcie swojego życia, znały język mówiony i mogły nauczyć się gramatyki języka polskiego.

Specjalizuje się Pani właśnie w tłumaczeniach wydarzeń artystycznych. Skąd taki kierunek pracy zawodowej?

W moim życiu było kilka takich momentów, w których uświadamiałam sobie, ile może znaczyć muzyka. Kiedy byłam mała, uwielbiałam słuchać muzyki, zwłaszcza tej rapowej, ponieważ wychowałam się na tarnowskim osiedlu. Mój tata, który nie słyszy od dziecka, zapytał się mnie kiedyś, czego słucham. Chciał, żebym opowiedziała mu o emocjach, o przekazie, o uczuciach, które wyrażone są w muzyce. To był pierwszy taki moment, kiedy uświadomiłam sobie, jak ważna jest muzyka w życiu wszystkich ludzi, niezależnie od tego, czy ktoś słyszy, czy nie. Wydarzenie to zapadło mi w pamięci, mimo tego, że minęło od niego wiele lat. Od tamtej pory cały czas pamiętam o tym, że muzyka ma łączyć, a nie dzielić. W swojej pracy kieruję się tym, by osoby G/głuche dobrze rozumiały przekaz artystów i ich emocje. Tłumaczenie artystyczne, którym często się zajmuję, jest zupełnie innym tłumaczeniem, niż tłumaczenie konferencyjne lub tłumaczenie wydarzeń. Wymaga ono innego rodzaju przygotowania.

Nam, osobom słyszącym, trudno jest wyobrazić sobie świat bez muzyki. To, że słuchamy piosenek, chodzimy na koncerty, jest dla nas naturalne.

Mój tata pomimo tego, że nie słyszy, jest świetnym tancerzem. Zawsze na wszystkich weselach jest rozchwytywany i zapraszany do tańca. Znakomicie czuje muzykę, chociaż jej nie słyszy. Co ciekawe, jest bardzo dużo osób G/głuchych, które chętnie uczestniczą w imprezach i wydarzeniach muzycznych. Może to wydawać się dość abstrakcyjne, ale takie osoby czują wibracje i potrafią dopasować się do dźwięków. Niestety nie zawsze są oni w stanie zrozumieć słowa. Uświadomienie sobie tego problemu, który dotyczy bliskiej mi osoby, ale też wielu G/głuchych również sprawiło, że zainteresowałam się tłumaczeniem muzycznym.

Czy było jeszcze jakieś wydarzenie, które sprawiło, że podjęła się Pani tłumaczeń artystycznych?

Kolejny moment, kiedy uświadomiłam sobie problem braku dostępności wydarzeń muzycznych, był związany również z moim prywatnym życiem. Kiedy szłam na przedstawienie z okazji Dnia Matki do przedszkola mojej córki, uświadomiłam sobie, że moja mama nie rozumiała piosenek, które ja, jako dziecko śpiewałam w szkole. Postawiłam się w roli mojej mamy i zastanowiłam się nad tym, jak ja bym się czuła, gdybym nie mogła usłyszeć o tym, o czym śpiewa moje dziecko. Myślę, że taką sytuację jest w stanie wyobrazić sobie każdy rodzić, żeby zrozumieć, jak ważna jest dostępność dla osób G/głuchych.

Kiedy zaczęła Pani aktywnie działać przy wydarzeniach muzycznych?

Jeden z przełomowych momentów w moim życiu związany był z tym, że poznałam Anię Żórawską i inne osoby, które działają w Fundacji Kultury bez Barier. Zaczęłam opowiadać im o tym, z czym spotykają się osoby G/głuche, które znam, o tym, że mają ograniczoną dostępność wydarzeń kulturowych. Zachęciłam ich do otworzenia się na jeszcze inne działania związane z udostępnieniem przestrzeni dla G/głuchych. Zaczęliśmy wspólnie pracować nad tłumaczeniem koncertów.

fot. FKBB [M.Pawluczuk] zdjęcie z dostępnego koncertu z Grubsonem w ramach projektu Rock’AD’Roll

Proszę opowiedzieć, od kiedy współpracuje Pani z Fundacją Kultury bez Barier?

Fundacja Kultury bez Barier działa od ponad 10 lat. Osobiście współpracuję z nią od 2015 roku, a na stałe pracuję w fundacji od 2019 roku. Realizujemy wiele projektów związanych z szeroko pojętą dostępnością w przestrzeni kultury. Naszym celem jest to, aby wszyscy, niezależnie od rodzaju niepełnosprawności, sytuacji materialnej, czy rodzinnej mogli swobodnie i samodzielnie uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Współpraca z fundacją jest bardzo ważnym elementem mojej kariery zawodowej, ponieważ mogę spełniać się jako tłumacz, uczestnicząc w wielu ciekawych projektach. Mam także poczucie, że jestem częścią społeczności, która wypełnia bardzo ważną misję.

Czym dokładnie zajmuje się fundacja?

Cały czas rozwijamy wiele ciekawych projektów. Naszym głównym mottem jest to, że idziemy z człowiekiem, z jego potrzebami. Nie robimy nic dla ludzi, bez ludzi. Mamy jasno określone cele, które realizujemy. Uczymy się i pozwalamy sobie na błędy. Działamy przede wszystkim poprzez udostępnianie wydarzeń, materiałów edukacyjnych, organizujemy różne wydarzenia, na które zapraszamy specjalistów, ekspertów i samorzeczników. W tym roku organizujemy już 11. edycję festiwalu Kultury bez Barier. W czasie festiwalu oferta wydarzeń dostępnych będzie bogatsza, niż na co dzień, więc zachęcam do śledzenia naszych inicjatyw.

Jak wygląda praca nad tłumaczeniem piosenek?

Jeżeli rozmawiamy o pracy tłumacza PJM, to chciałabym podkreślić, że nie każda osoba podejmuje się tłumaczenia piosenek, nie każdy musi czuć się dobrze z tłumaczeniem artystycznym. Jest to tylko część pracy tłumacza, taka specjalizacja, w której jeden tłumacz będzie czuł się dobrze, a drugi nie. Proces interpretacji utworów jest trudny i czasochłonny. Wymaga rzetelnego przygotowania. Nigdy nie można wykonywać tłumaczenia artystycznego “ot tak”, ponieważ wtedy nie jest to interpretacja, a zwykłe tłumaczenie tekstu. Muzyka ma to do siebie, że często jest przekazem niebezpośrednim. Utwory zawierają wiele przenośni, metafor i innych środków językowych, które trzeba poznać i zrozumieć, by móc nazwać jakieś tłumaczenie artystycznym. W piosenkach pojawiają się, na przykład, słowa anglojęzyczne, które mogą mieć ogromne znaczenie dla utworów i je też trzeba odpowiednio przetłumaczyć. Każdy tłumacz może to zrobić nieco inaczej, na inny sposób zinterpretować tekst. W związku z tym zawsze zapraszamy do takiej pracy nad tekstem inne osoby – G/głuchych, innych tłumaczy – by pomogli oni w zrozumieniu tekstu piosenki.

Co jest ważne w interpretacji utworów?

Bardzo dużo zależy po prostu od tego, czy daną piosenkę zna się wcześniej, czy się ją lubi, czy zna się inne utwory danego wykonawcy. Te elementy pomagają w takim “wczuciu się” w utwór i jego łatwiejszej interpretacji. Odpowiednie przygotowanie się do tłumaczenia artystycznego jest ważne, ze względu na to, że zależny nam na tym, by osoby G/głuche odebrały dokładnie taki sam komunikat, jak osoby słyszące. Tłumacz poprzez gesty i znaki w PJM powinien oddać na scenie całą ekspresję utworu i dopilnować, by wszystkie słowa zostały zinterpretowane w odpowiedni sposób.

Jak długo może trwać proces przygotowania się do tłumaczenia utworu?

Niekiedy do jednej piosenki przygotowujemy się nawet tydzień. Przez ten czas odkrywamy utwór, poznajemy artystę, sprawdzamy jego twórczość. Często, jeśli jest taka szansa, to prosimy go o rozmowę, o wyjaśnienie słów piosenki. Przed samym tłumaczeniem na żywo odbywa się wiele prób. Sprawdzamy, czy wszystko dobrze widać w kamerze i czy dokładnie pamiętamy, jakie gesty wykonywać. Występ tłumacza czasem trwa kilka minut, ale przygotowania do niego zajmują o wiele więcej czasu. Jest to taka praca, która dla odbiorcy jest niewidoczna, a nad którą my spędzamy najwięcej czasu.

W jaki sposób jeszcze przygotowuje się Pani do tłumaczenia utworów?

W trakcie przygotowań tworzę sobie playlistę z utworami, które będę tłumaczyć. Słucham jej cały czas, w domu, w pracy, kiedy jadę samochodem, bo muszę wczuć się w tę piosenkę na 100%, muszę ją znać ją na pamięć. Co zabawne, często to przekłada się na moje życie rodzinne, bo córka też uczy się tych piosenek i śpiewa je potem w przedszkolu.

Czy występując na scenie odczuwa Pani stres?

Pomimo znajomości PJM i wieloletniego doświadczenia w zawodzie, zawsze przed występem stresuję się. Nigdy nie wiem, co mnie zaskoczy na scenie. Występ na żywo ma to do siebie, że zawsze może pójść coś niezgodnie z planem. Często muszę zachować “pokerową twarz”, kiedy artysta nagle zmieni zwrotki lub pomyli się, co jest oczywiście naturalną rzeczą, a ja muszę się do tego dostosować.

Występy na żywo muszą przynosić wiele emocji…

Tłumaczenie jest procesem niesamowicie trudnym i bardzo odpowiedzialnym. Zawsze towarzyszy mi stres. Boję się, czy wszystko się uda, zastanawiam się, czy gdzieś nie popełnię błędu, a jeśli tak, to co powinnam zrobić, żeby go nie było widać. Najbardziej na koncertach na żywo wzrusza mnie, kiedy widzę, że publiczność zaczyna migać z nami. Jest to taki niesamowity i bardzo wzruszający moment, kiedy tłumacz uświadamia sobie, jak ważną pracę wykonuje, udostępniając kulturę osobom G/głuchym.

Praca na żywo ma to do siebie, że trudno w niej być bezbłędnym, ale dzięki błędom wiele można się też nauczyć.

Dużo daje mi rozmowa o mojej pracy po występie. Pytam osoby G/głuche i innych tłumaczy, jak oceniają mój występ, co im się podobało, a co nie, gdzie popełniłam błędy. Dzięki temu nieustannie uczę się tłumaczenia, a to w tym zawodzie jest bardzo ważne.

Co było dla Pani największym wyzwaniem zawodowym?

Fundacja Kultury bez Barier od kilku lat współpracuje z Disney Polska. Tworzymy z dzieciakami teledyski z piosenkami z filmów Disney’a. Jedną z piękniejszych historii związanych z moim zawodem był moment, kiedy pracowaliśmy nad tłumaczeniem na PJM filmu Król Lew oraz teledyskiem do piosenki Hakuna Matata. Bajki Disney’a mają to do siebie, że zawierają wiele piosenek, które dla nas, osób słyszących, są niemal kultowe. W momencie, w którym stanęłam nad wyzwaniem przetłumaczenia zwrotu “Hakuna Matata” pojawił się dość duży problem. Nie wyobrażałam sobie literowania tych słów (w PJM, kiedy nazwy własne nie mają swojego znaku, są przez tłumaczy literowane). Pytałam wiele osób w środowisku, tłumaczy i G/głuchych, co można z tym zrobić. Końcowo uznałam, że najrzetelniejszym i najodpowiedniejszym krokiem do przetłumaczenia tego zwrotu, będzie zasięgnięcie porady społeczeństwa, które go używa. Udało mi się skontaktować z grupą osób G/głuchych z Afryki i zapożyczyć znak z języka Suahili. Później musiałam sprawdzić, czy znak, który mi podano, odpowiada znaczeniu, które pojawia się w filmie. Nie był to prosty proces, ale mam poczucie, że to była jedna z najciekawszych przygód w moim życiu zawodowym. Zaprosiliśmy do współpracy przy teledysku dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 6 w Krakowie i efekt był naprawdę piękny. Jestem ogromnie dumna z tego projektu.

Król Lew to bajka, która jest znana przede wszystkim nam – osobom trochę starszym. Młodsze pokolenie wychowuje się, oglądając inne produkcje, w których tłumaczeniu również miała Pani okazję uczestniczyć.

Tłumaczenie na PJM bajki Miraculum: Biedronka i Czarny Kot, która w ostatnich latach stała się fenomenem wśród dzieci na całym świecie, jest kolejnym owocem współpracy mojej fundacji z Disney Polska. Tłumaczenie to było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Króla Lwa znałam bardzo dobrze, a tę bajkę musiałam poznać od podstaw, obejrzeć kilka sezonów, poznać bohaterów, ich cechy osobowości.

Co było najtrudniejsze w tym tłumaczeniu?

Musiałam przede wszystkim zastanowić się, jak dostosować język do dzieci. W codziennym życiu dzieci używają przecież innego języka niż dorośli, posługują się innymi słowami i zwrotami. Najlepszym sposobem na dostosowanie języka było spotkanie z niesłyszącymi dziećmi i zapytanie ich o to, jakim językiem się posługują, które słowa znają i których używają na co dzień. Kolejne trudne zadanie wiązało się z tym, że bajka nie jest polska. Konieczne więc było zapoznanie się z historią powstania bajki, sprawdzenie, w jaki sposób odnosi się ona do kultury, z której się wywodzi. Musiałam także sprawdzić, co w bajce jest autentyczne, a co jest fikcją. Kolejnym etapem tłumaczenia było nadanie przydomków bohaterom, tak żeby nie musieć literować ich imion. Nie robiłam tego wszystkiego oczywiście sama – zaprosiłam do współpracy dzieci, osoby G/głuche, innych tłumaczy. Był to długi proces, który wiązał się także z nagraniem materiału – dużą liczbą godzin spędzonych przed kamerą, sprawdzaniem materiału nawet po montażu, przed wypuszczeniem odcinaka na antenę. Nagraliśmy łącznie dwa sezony, których przygotowanie było naprawdę dużym wyzwaniem. Jest to kolejny przykład na to, jak wiele czasu tłumacz musi poświęcić zarówno na przygotowania do pracy, jak i na samą pracę.

Uczestniczyła Pani także w bardzo ciekawym projekcie związanym z tłumaczeniem na PJM podcastu Ja i moje przyjaciółki idiotki Joanny Okuniewskiej, co może być dla wielu osób dość abstrakcyjną informacją, bo przecież podcast kojarzy nam się z przekazem mówionym.

Podcast, jako środek przekazu z założenia opiera się na słowie mówionym. Do tej pory było więc to coś niedostępnego dla osób G/głuchych. Na platformie YouTube można udostępniać podcast w formie filmików, więc to właśnie tam pojawiły się „Idiotki” tłumaczone na PJM. Kiedy pojawiała się propozycja tłumaczenia podcastu na PJM to przyznam szczerze, że przez chwilę zastanawiałam się, czy podołam temu wyzwaniu, czy dam radę oddać głos, emocje i charyzmę Asi.

 Co sprawiło, że postanowiła Pani podjąć się tego wyzwania?

Zanim podjęłam decyzję o wzięciu udziału w tym projekcie, spędziłam dużo czasu na zapoznaniu się z podcastem. Przesłuchałam kilka odcinków, sprawiłam social media Asi. Próbowałam wyczuć, jaką jest osobą i co chce przekazać poprzez swoją działalność. Ucieszyłam się też, że osoby niesłyszące zostały zauważone w obszarze, który do tej pory był dla nich niedostępny. Przekonały mnie także słowa, które od początku przyświecały temu podcastowi: “każdy z nas chce kochać i być kochanym”. Jeszcze bardziej przekonało mnie to do tego, że osoby niesłyszące w równym stopniu powinny mieć możliwość zapoznania się z tymi treściami, bo przecież one również się zakochują, podejmują dobre i złe decyzje oraz „idiotkują” z różnymi typami.

Rozumiem, że było to duże wyzwanie zawodowe?

Projekt ten był dla mnie czymś zupełnie nowym. Mogę też powiedzieć, że był przełomowy, jeśli chodzi o rynek podcastów w Polsce, ponieważ nikt do tej pory nie wyszedł z inicjatywą tłumaczenia podcastów na tak dużą skalę. Samo słowo podcast, z racji tego, że było to medium niedostępne dla głuchych, nie istniało w PJM. Moja największa obawa wiązała się z tym, że specyfiką podcastów jest to, że autor wciąga słuchaczy przede wszystkim swoim głosem. Zastanawiałam się więc, czy uda mi się oddać charyzmę autorki i przekazać emocje, które jej towarzyszyły. Uważam, że projekt wyszedł znakomicie i przełamał pewien „szklany sufit”, który nad nami wisiał. Podejmowanie się takich nowych inicjatyw jest czymś, co nieustannie mnie rozwija i sprawia, że praca jest dla mnie ważna.

Co było najtrudniejsze w tym projekcie?

Bardzo ważne było nadanie znaku “idiotkom”, ponieważ w kontekście podcastu, nie jest to słowo, które rozumiemy w jego normalnym znaczeniu. Znak ten musiał się różnić. Został wymyślony specjalnie na potrzeby tego podcastu. Spędziłam wiele godzin na pracy z kamerą. I tu znowu chciałabym podkreślić, że to nie była tylko moja praca, ale też grupy innych osób, które zaangażowały się w projekt. Osób, które pomagały mi w tłumaczeniu, montażystów, operatorów kamery. Był to ogromny krok w kierunku szerszego udostępnienia podcastów dla osób niesłyszących. Widzę ogromny potencjał w tłumaczeniu podcastów, który mam nadzieję, zostanie w przyszłości wykorzystany także przez innych twórców.

Jak wygląda rynek pracy, jeśli chodzi o tłumaczy PJM? Czy jest to branża, która potrzebuje nowych osób?

Zdecydowanie tak. Potrzeba tłumaczy, osób, które są gotowe do tego, żeby cały czas się szkolić, rozwijać i pomagać w udostępnianiu kultury szerszemu gronu odbiorców. Wiąże się to również z tym, że tak jak wspominałam, społeczeństwo otwiera się na G/głuchych. Jest coraz więcej miejsc, w których tłumacze mogą pracować, ponieważ coraz więcej wydarzeń jest tłumaczonych.

Gdzie można stawiać swoje pierwsze kroki w tym zawodzie?

Tłumacz, który zaczyna swoją przygodę może skontaktować się na przykład ze Stowarzyszeniem Tłumaczy PJM. Z pomocą tej instytucji będzie mógł odbyć szkolenia i rozwijać swoje umiejętności zawodowe. Drugą, bardzo ciekawą opcją, są studia na kierunku Filologia polskiego języka migowego na Uniwersytecie Warszawskim.

Gdzie mogą znaleźć zatrudnienie tłumacze PJM?

Pracy można szukać naprawdę w wielu miejscach. Ważne jest, jednak to żeby cały czas być w tym środowisku, ponieważ instytucje często pytają osoby niesłyszące, czy nie znają kogoś, kto zajmuje się tłumaczeniem. Jako fundacja wspieramy młodych tłumaczy. Zapraszamy na nasze wydarzenia, spotkania, pokazujemy, jak można odnaleźć się w tym zawodzie. Miejsce w społeczności G/głuchych jest dla każdego, trzeba tylko wiedzieć, że naprawdę chce się to robić. Środowisko osób niesłyszących jest miejscem, gdzie mamy konkretnych odbiorców. Nasza praca, tak naprawdę, nie jest dla nas, a dla kogoś innego. To nie tłumacz jest ważny, tylko odbiorca. I o tym powinna pamiętać każda osoba, która chce zajmować się tłumaczeniem zawodowo.

Jakie cechy powinna mieć osoba, która zawodowo chce zajmować się tłumaczeniem?

Tłumacz musi być osobą otwartą na innych ludzi oraz empatyczną. Musi rozumieć ludzi i wydarzenia, które się wokół nich dzieją. Ważny jest szacunek do środowiska i odbiorców przekazu. Tłumacza powinna cechować ambicja i gotowość do ciągłej nauki. Najważniejsze w tym zawodzie jest ciągłe ulepszanie swoich tłumaczeń i nauka. To taka praca, w której trzeba być gotowym na słuchanie opinii na temat swoich wystąpień i branie pod uwagę zdania innych. Ja sama mimo tego, że znam ten język od dziecka, to przeszłam długą ścieżkę rozwoju i cały czas się uczę. Jeśli chodzi o samą pracę, to z pewnością trzeba być elastycznym, ponieważ tłumacze pracują w różnych godzinach, w różnych miejscach i warunkach.

O czym powinny pamiętać osoby, instytucje, które chcą wyjść naprzeciw osobom G/głuchym i tłumaczyć wydarzenia?

Jeżeli udostępniamy treści dla osób z niepełnosprawnością słuchu, to istotne jest, czy mamy także możliwość dodania napisów. Duże grono osób z niepełnosprawnością słuchu, wspomaga się napisami, lub tłumaczem. Rzadko kiedy korzysta się tylko z jednego udogodnienia. Trzeba pamiętać o tym, że osoby w tym środowisku są różne. Jeżeli robimy produkcje dla dzieci, to dobrze, jeżeli możemy pozwolić sobie nawet na dwóch tłumaczy na jednym ekranie oraz zastosowanie napisów w różnych kolorach (każda postać w bajce powinna mieć swój kolor napisów), żeby dzieci mogły wyłapać, co dany bohater mówi.

Dostępność związana z napisami w filmach nie jest przeznaczona tylko dla osób głuchych. U dużej liczby influencerów można zauważyć trend na wstawianie napisów do mówionych Instastories. Jest to udogodnienie, które pokazuje coraz większą świadomość związaną dostępnością materiałów wideo dla różnych osób.

Z napisów korzystamy także my, osoby słyszące na przykład, kiedy zapomnimy słuchawek, a jedziemy komunikacją miejską, czy chcemy coś obejrzeć, a dzielimy pokój z innymi osobami. Napisy są dużym ułatwieniem, które coraz częściej możemy zauważyć w naszej przestrzeni.

Często, opowiadając o pracy, wspomina Pani o swoich niesłyszących rodzicach.

To prawda. Mam świadomość tego, że dzięki mojej pracy mogę udostępnić świat swoim rodzicom i osobom takim jak oni. Staram się „wynagrodzić” im te czasy, kiedy nie mogli oni pójść do kina na polskie filmy, nie mogli chodzić na koncerty, czy inne wydarzenia artystyczne, ponieważ jeszcze kilkanaście lat temu świadomość społeczeństwa w zakresie dostępności była zupełnie inna.

Wydaje mi się, że na przestrzeni ostatnich lat można zauważyć wśród naszego społeczeństwa coraz większą świadomość związaną z koniecznością dostosowania przekazu medialnego do G/głuchych. Czy zgadza się Pani z tym?

Obserwuję ten proces przez całe moje życie. Pamiętam, jak moi rodzice prosili, żeby tłumaczyć im to, co dzieje się w telewizji. Dawniej nie było tylu tłumaczeń, co teraz. Z pewnością zmienia się świadomość społeczeństwa w tym zakresie. Sami G/głusi zaczęli też walczyć o swoje prawa, o dostęp do informacji. Coraz więcej mówi się w przestrzeni publicznej o osobach z różnymi niepełnosprawnościami. Widzę ogromny przełom i mam nadzieję, że w tej kwestii nie zrobimy już żadnego kroku w tył. Chociaż jest coraz więcej tłumaczeń, to nadal uważam, że jest to za mało. Udostępniamy pewną ofertę tłumaczeń, ale przecież nadal nie wszystko jest tłumaczone, a do dostępności ma prawo każdy człowiek. Moim marzeniem jest to, żebym, żebym nie musiała dużo wcześniej planować wyjścia z rodzicami na wydarzenie kulturalne, tylko mogła z dnia na dzień zabrać ich na event, który będzie tłumaczone na PJM.

Rozmawiała: Beata Koś

 

Oceń artykuł
3.2/5 (12)