poradnik dla pracownika

Jak hejt niszczy życie? Rozmowa z Moniką Sławecką, autorką książki „Hejt”.

Warto rozróżnić konstruktywną, rozwijającą krytykę od bezpodstawnego negowania, wytykania najmniejszych błędów, piętnowania. Tak jak obiektywny komentarz może pozytywnie wpłynąć na nasze działania, a nawet życie, tak hejt potrafi uderzyć nas bardzo mocno, zburzyć poczucie własnej wartości, a często doprowadzić nawet do tzw. ostateczności. O tym, jak niebezpiecznym narzędziem jest hejt, gdzie doszukiwać jego źródeł oraz jak sobie z nim radzić, rozmawiamy z Moniką Sławecką, autorką książki „Hejt”.

Skąd Pani zainteresowanie tematyką hejtu?

„Hejt” to piąty reportaż mojego autorstwa. W reportażach poruszam problemy bliskie człowiekowi, a zarazem wypierane przez media głównego nurtu. Stawiając się w roli odbiorcy, oczekiwałabym pogłębionych informacji na istotne dla mnie tematy, pomocy w wyłuskaniu problemu, a także znalezieniu narzędzi, umożliwiających rozwiązanie tegoż problemu. Podobne nastawienie miałam do hejtu, gdyż uważam, że aktualnie hasło „hejt” traktowane jest jak wydmuszka. Teoretycznie jest to hasło bardzo silne, anglojęzyczne, jednak nie niesie za sobą nic konkretnego. Oprócz mojej książki dalej nikt nie zgłębił tego tematu. Możemy natrafić na, dosłownie, kilka artykułów o tej tematyce, jednak przekonamy się, że hejt jest w nich bliżej niedookreślony. Właściwie spotkamy się wyłącznie z krzykliwymi hasłami, za którymi nic się nie kryje. Oczywiście, ja również użyłam terminologii angielskiej, czyli pewnego rodzaju hasła, jednak z nastawieniem przedstawienia złożoności tego problemu, uświadomienia że dotyka on właściwie wszystkich – każdy aktualnie może być zainfekowany hejtem.

Dlaczego taki, a nie inny, wybór rozmówców w reportażu „Hejt”?

W moim reportażu zaprosiłam do rozmowy osoby charakterystyczne: zajmujące kluczowe stanowiska, mające na swoim koncie wiele sukcesów w sferze zawodowej lub hobbystycznej, niosące kaganek oświaty, pomagające innym, czyli mówiąc w uproszczeniu – ludzi, którzy mogliby być przykładem dla innych, a którzy niestety w swoim życiu mierzyli się i mierzą z ogromnymi atakami, hejtem. Ta książka jest dla mnie bardzo ważna, ponieważ wychodzę z założenia, że nie musimy uczyć się tylko na naszych własnych błędach, wynośmy także lekcje z doświadczeń innych osób.

Rozmawiała Pani z osobami w różnym wieku, reprezentującymi różne środowiska, czyli jest to dość szeroki przekrój. Może dzięki temu każdy z Pani czytelników będzie miał szansę identyfikowania się z którymś z bohaterów, przejrzenia się w nim niczym w lustrze?

Naszym codziennym lustrem są inne osoby, ich zachowania. Zgodnie z psychologią, osoby, które najbardziej nas irytują, te denerwujące nas cechy, to sygnał, że sami tacy jesteśmy, reprezentujemy w sobie cechę lub braki, które irytują nas u innych. Zawsze staram się namawiać innych, żeby czytali książki, poszerzali wiedzę, samoświadomość. Warto poświęcić sobie nawet pół godziny dziennie – na rozmowę z samym sobą, obserwację samego siebie. Niezwykle cenne jest wychwycenie własnych problemów, poszukanie źródła swoich złych nastrojów, zadbanie o siebie. Dzięki temu wychodząc z domu do innych, możemy postarać się o bycie najlepszą wersją samego siebie, a co za tym idzie, lepszym dla innych. Niestety obserwuję, jak nienawistni bywamy względem drugiego człowieka i mam wrażenie, że jeżeli nie dojdzie do przebudzenia, dobrniemy do progu własnej wytrzymałości. W Polsce stopień złości, negatywnego nastawienia względem drugiego człowieka, jest bardzo alarmujący.

Brak takiej świadomości i pracy nad sobą, mogą doprowadzić do eskalacji frustracji, potrzeby wylania tego z siebie na innych, o czym zresztą pisała Pani w reportażu.

Stres towarzyszy nam w życiu prywatnym i zawodowym. Gromadzi się w nas, przez co często wyładowujemy go na innych, używając względem siebie słów, które nigdy nie powinny paść, które nam nie przystają. Stres i frustracja dotyczą często ludzi na wysokich stanowiskach. Osoby te rozładowują te problemy w życiu prywatnym, na swoich partnerach, dzieciach. W przypadku wielu firm, na bardzo kluczowe, wysokie stanowiska wybiera się osoby o psychopatycznych skłonnościach, następnie pielęgnując tę psychopatię poprzez różne szkolenia. Taka osoba bywa najbardziej skuteczna, jeżeli mówimy o wyciskaniu podwładnych do granic możliwości, a następnie bez mrugnięcia okiem, zwolnienia takiego bezużytecznego pracownika.

Pani rozmówcy tworzą wymowną klamrę…

Pierwszą rozmówczynią jest Magdalena Adamowicz, czyli wdowa po Prezydencie Gdańska, Pawle Adamowiczu, który został zamordowany w czasie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Natomiast ostatnim rozmówcą jest Jurek Owsiak. Historia Pawła Adamowicza była moją główną motywacją do napisania książki, ponieważ zrozumiałam, jak poważnym problemem jest hejt i że nie ma żadnej literatury na ten temat, a wierzę, że należy uświadamiać, edukować. Poza tym, ta historia uświadomiła mi pewien paradoks: osoba publiczna, ciesząca się głębokim szacunkiem i zaufaniem, ponosi największą cenę – życia – właśnie z powodu hejtu, głębokiej nienawiści. I to wszystko w trakcie imprezy, wspieranej przez tylu Polaków, będącej jednym z istotniejszych wydarzeń w kraju, jednoczącej społeczeństwo, poruszającej nasze serca, rozwijającej empatię i wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka.

Pani Magdalena Adamowicz powiedziała wprost w Pani reportażu, że jej męża zabił hejt…

Telewizja Publiczna stała się aparatem nagonki na jednostkę, co skończyło się w najgorszy z możliwych sposobów. Jest to przerażające i ta historia była dla mnie dodatkową motywacją do pokazania skali zjawiska jakim jest hejt. Negatywne opinie, z którymi mierzyli i mierzą się, bohaterowie mojej książki, nie są krytyką. Jest to mowa nienawiści.

Cytując fragment wstępu z Pani książki: „Skąd bierze się lekkość osądzania, krytykowania i idąc dalej, hejtowania?”.

Są to najniższe pobudki, takie jak: zazdrość, chęć sprawienia przykrości, dotknięcia, zranienia drugiej osoby. Hejterzy często w sposób przemyślany szukają różnych czułych punktów, przez co będą mogli zranić ze zdwojoną siłą. Czytając i analizując różne komentarze, stwierdzam że hejterzy bywają doskonałymi obserwatorami, tym samym, potrafią bardzo szybko odnaleźć piętę Achillesa atakowanej osoby. Mamy tutaj do czynienia z taktykami: obserwacji, manipulacji, prowokacji. Jest to bardzo złożona siatka – hejter jest jeden, ale mowa nienawiści, niczym pandemia Koronawirusa, rozprzestrzenia się błyskawicznie. Ludzie lubią być częścią grupy, atak jest złożony, przez co zdecydowanie silniejszy. Hejterzy bywają patologicznie obcesowi w swoich działaniach. Nieraz podczas moich wystąpień podpowiadam: jeżeli coś Was rozzłości, napiszcie komentarz, ale przed opublikowaniem zastanówcie się, jakbyście się czuli, gdyby ktoś tak zwrócił się do Was?

W książce podczas doszukiwania się źródeł hejtu, stawia Pani hipotezę, że może być to „kwestia samoobrony czy okrutna chęć zaspokajania uśpionego na dnie serca sadysty?”. Zakłada Pani, że mamy w sobie tego ‘sadystę’, więc pytanie, co może go obudzić?

Jesteśmy złożeni z dobra i zła, dlatego tak istotna jest świadomość w naszym życiu: świadome życie, czytanie, przyglądanie się rzeczom i zjawiskom. Istotne by nie podchodzić do słów drugiego człowieka i mediów w sposób wyznawczy. Kluczowa jest analiza wszelkich zdarzeń i komunikatów przez swój własny filtr. W przypadku niepokojących sygnałów, docierających z naszego wnętrza, szukajmy odpowiedzi u źródła: w swojej głowie, emocjach. Niestety dla niektórych hejt, atak jest paliwem życiowym, dlatego uleczenie takiej osoby graniczy z cudem.

Stwierdza Pani, że „powodów do nienawiści istnieje mnóstwo – od narodowości, koloru skóry, orientacji seksualnej czy tożsamości płciowej, przez status społeczny, wiek, działalność medialną lub społeczną aż do poglądów czy osobistej niechęci”. Sporo tego…

Dzisiaj tak naprawdę możemy obrazić, zaatakować kogoś z każdego powodu, stąd też często najlepszym sposobem jest wycofanie się. Niestety niektórzy przyjmują taktykę wycofania jako stałą, ponieważ zostali bardzo zranieni. Tym samym interakcje społeczne wygasają, przestają być istotne.

Kto hejtuje najchętniej?

Podczas tworzenia reportażu, przebadałam wiele kwestii i niestety doszłam do smutnego wniosku: najchętniej i najbardziej hejtują kobiety. To kobiety potrafią stać się w swoich wypowiedziach najbardziej radykalne, żeby nie powiedzieć okrutne. To one najczęściej są prowodyrami różnych konfliktów. Osobiście, nawet w sytuacjach zawodowych, nie mam dobrych doświadczeń z kobietami. O tym mało się mówi, często lukruje się te zjawiska.

W Pani książce natrafiamy na tezę, że kobiety bardzo chętnie krytykują wygląd innych kobiet, wskazując różnego typu mankamenty.

Żyjemy w kulturze obrazkowej, nasyconej pięknymi kobietami, idealnymi ciałami, co generuje tzw. beauty hejt. I to głównie agresorami są kobiety, które w swoim wyrachowaniu sięgają właśnie po ten rodzaj ataku. Mamy do czynienia z obsesją chudego ciała, przez co młode kobiety, starające się nadążyć za tymi trendami, wchodzą w konflikt z własnym ciałem. Aktualnie mierzymy się z sytuacją, kiedy to zdrowe kobiety zażywają tabletki na cukrzycę, zmniejszające łaknienie. Ta obsesja szczupłej sylwetki, kult ciała, niosą za sobą ryzyko wielu chorób, a nawet śmierci.

Mam wrażenie, że brak odporności na beauty hejt wynosimy z domu rodzinnego. Niestety wiele matek krytykuje wygląd córek, wmawiając im, że mają: brzydkie nogi, krzywy nos, za małe piersi i tak dalej… Gdyby nie to, jakakolwiek krytyka, w dorosłym życiu, związana z naszym wyglądem, budziłaby nasze zdziwienie, niesmak, niezgodę. Po prostu nie byłaby w stanie wpłynąć na nas.

Podpisuję się pod Pani słowami obiema rękami. Mam koleżankę, która ma piękny, obfity biust i ona niestety na wszystkich rodzinnych spotkaniach. spotyka się z niewybrednymi komentarzami na temat biustu, często poniżej poziomu kultury i dobrego smaku. Przecież ta sytuacja powinna być żenująca dla wszystkich stron, a stała się jakąś normą.

Na niezrozumienie i hejt są narażone również młode osoby.

Współczesną młodzież obserwuję z lękiem, ponieważ te osoby są osamotnione i pozbawione wsparcia, nawet ze strony rodziców, którzy to sami mierzą się z licznymi problemami. Zresztą gdy nieraz rozmawiam z koleżankami, stwierdzają, że często kontakt z drugim człowiekiem podszyty jest tak zwanym interesem, czyli druga osoba musi mieć cel w kontakcie z nami. Spotkałam się z teorią, że grozi nam pandemia samotności i będziemy sami sobie. Mam jednak nadzieję, że nie dojdzie do tego.

Sugeruje Pani, że: „Każdy z nas stał się ekspertem w każdej dziedzinie życia”.

Zarodkiem hejtu jest przekonanie o własnej wiedzy – właściwie w każdym możliwym zakresie. W pandemii był taki patowy okres, gdy ludzie podzielili się na zwolenników i przeciwników szczepionek, kiedy to oponenci znajdowali skrajnie abstrakcyjne argumenty, byleby tylko udowodnić swoją rację. Dlatego też zaprosiłam do mojego reportażu doktora Tomasza Karaudę, który jest wysokiej klasy pneumologiem, i który to mierzył się z ogromną falą hejtu ze strony antyszczepionkowców. Doktor Karauda w czasie pandemii wypowiadał się szeroko w mediach i przybliżał destrukcyjną stronę pandemii, bazując na niczym innym jak na swoim codziennym medycznym doświadczeniu i obserwacjach z życia wziętych. Jak się okazało, jego wypowiedzi stały się powodem ogromnej agresji ze strony sceptyków.

Stwierdziła Pani także, że to rzekoma anonimowość otwiera furtkę do najmroczniejszych zachowań.

Internet i idąca za nim anonimowość, sprawiają że w człowieku mogą wziąć górę te mroczne instynkty. Ta swoboda wyrażania myśli i poglądów nie przekłada się na życie realne, poza internetem.

Nazwała to Pani ‘podwójnymi standardami’.

Podwójne standardy przekładają się właściwie na wszystkie obszary naszego życia i są w pełni tolerowane. W rzeczywistości jednak są zagrożeniem i coraz bardziej nas wykolejają.

Mało tego, nie dość, że nie są piętnowane, mam wrażenie, że momentami spotykamy się z pochwałą hipokryzji.

Tak zwanych buntowników, czyli osób, które wypowiadają się głośno, jest tak naprawdę bardzo mało. Zdecydowanie więcej ludzi woli milczeć, nie wypowiadać się na dany temat. Niektórzy żyją w zobojętnieniu, nie chcą wychylać się. My, jako społeczeństwo, w pewnym stopniu zamykamy się w ‘zmowie milczenia’. Brak reakcji, milczenie, gdy komuś dzieje się krzywda, jest przyzwoleniem na tę krzywdę, współuczestnictwem.

Brak reakcji jest reakcją…

I to reakcją, która jest negatywna i destrukcyjna. Ludziom wydaje się, że nie warto nic robić, nie powinni wychylać się. Rozumiem taką postawę w sytuacji, gdy nasza reakcja może nieść za sobą bardzo negatywne konsekwencje, na które nie możemy sobie pozwolić w danym momencie. Są jednak sytuacje, gdy nie ma takiego ryzyka i wtedy naprawdę lepiej zareagować, wpłynąć na agresora, obronić ofiarę.

Pani słowa nie napawają optymizmem: „Historie spisane na kartach tej książki to świadectwo najpoważniejszej choroby naszych czasów – pogłębiającego się braku empatii”.

Niestety pandemia przyczyniła się do tego, dlatego uczulam na zastanowienie się zanim skomentujemy coś, wejdziemy w dyskusję. Ważne jest też rozróżnienie krytyki od mowy nienawiści. Krytyka jest często zasadna, konstruktywna, merytoryczna, dlatego w takich sytuacjach przyjmijmy to i nie róbmy z siebie ofiary. Taka krytyka często jest podparta argumentami i w przejrzysty sposób dokumentuje nasze niedociągnięcia, błędy, postawy.

Niestety mam wrażenie, że bardzo często zwykłej, konstruktywnej krytyce na siłę jest doczepiana etykietka „hejt”.

Oczywiście krytyka dla nikogo nie jest przyjemna, jednak zawsze warto podejść do takich opinii na chłodno, bez emocji i przeanalizować, czy ten komunikat rzeczywiście jest poparty merytorycznymi argumentami. Jeżeli stwierdzimy, że autor komunikatu miał rację, nie warto oponować, walczyć z taką krytyką, a wręcz przeciwnie: pokornie zastanowić się, co możemy zrobić, by nie popełniać takich błędów ponownie.

W swojej książce, przywołuje Pani badania z zakresu komunikacji strategicznej, które to porównują hejt to tzw. efektu kabiny pilota, kiedy to w takcie drugiej wojny światowej, piloci bombowców równali z ziemią koleje miasta. Nie budziło to u nich żadnych emocji, ponieważ odległość, brak kontaktu emocjonalnego z ofiarami, zamieniał zabijanie ludzi w zwykłą grę – misję, którą należy wykonać, aby wrócić na odpoczynek do bazy.

Ta granica powietrze-ziemia wpływała na brak identyfikacji pilotów z osobami na lądzie. Od strony psychologicznej jest to bardzo zasadne i właściwie nie ma co się temu dziwić, tak to działa. Dokładnie tak samo wygląda to w przypadku internetu i komputera, który dzieli nas do atakowanej osoby. Hejter nie jest wtedy połączony z ofiarą, tym samym, nie odczuwa empatii, trudno zwykłej osobie identyfikować się z tak zwaną gwiazdą, celebrytą. Hejt opiera się o brak świadomości, brak wiedzy na temat drugiej osoby czy zjawiska. Te komentarze są z reguły przestrzelone, bo hejter karmi się pozorami, stereotypami. Hejter zresztą nie potrzebuje rzetelnego tematu, gdyż wystarczy mu cokolwiek, żeby dać upust swoim emocjom, frustracji. Niemniej mam wrażenie, że taki atak wcale nie powoduje rozładowania tej frustracji, prawdziwej satysfakcji. Myślę, że ta satysfakcja ze zrobienia krzywdy innym może mieć miejsce wyłącznie w przypadku osób z zaburzeniami, ale to wymagałoby leczenia.

Na odległość, z powietrza, łatwiej zaatakować. Gorzej z bliska, twarzą w twarz.

Dokładnie, hejterzy nie atakują na żywo. Nagle ich odwaga kurczy się do minimum.

Jedna z bohaterek Pani reportażu, aktorka Katarzyna Warnke, przyznała że często wchodziła w konwersacje z internetowymi hejterami, czego efektem było wygaszenie krytyki. Hejterzy nie byli w stanie polemizować, ani uargumentować swoich opinii.

Nie dość, że hejt rodzi się z najniższych pobudek, dodatkowo hejterzy nie są wyspecjalizowani i wyrafinowani w swoich metodach i słowach. Często używają banalnych sformułowań, wulgarnych słów. W zasadzie to jest tak niskie, że nie warto się tym przejmować.

Chyba mierzymy się z problemem tego typu, że jeszcze do niedawna przemoc kojarzyła nam się głównie z agresją fizyczną, czy przemocą seksualną. Dopiero od jakiegoś czasu mówimy o przemocy ekonomicznej, psychicznej, czy zaniedbaniu. Uzmysławia się nam, że tak jak po pobiciu pozostają blizny na ciele, tak agresja słowna pozostawia po sobie ślady w głowie, duszy.

Tutaj dobrym przykładem będą słowa wielu mam, o których Pani wspomniała. Te słowa pozostają w głowach córek, żyją w nich, są trudne do wykorzenienia. Taka narracja naszych matek tkwi w nas tak głęboko, stygmatyzuje nas i nawet gdy ktoś próbuje nam uzmysłowić, że jest inaczej, nie wierzymy w to. Ja mając świadomość, że jestem bardzo dobrym obserwatorem, a tym samym, mogę zranić moim podsumowaniem do granic bólu, unikam konfliktów, wolę wycofać się. Nie chcę ranić ludzi, bo nikt na to nie zasługuje.

Jak radzić sobie z hejtem?

Warto uzmysłowić sobie, że osoba, która nas atakuje to osoba niezwykle słaba, zakompleksiona, która utkwiła, zastygła w pewnego rodzaju letargu. Przemawia przez nią zazdrość a jednocześnie brak motywacji do zmiany własnego życia. Zamiast poszukania rozwiązań, pracy nad sobą, woli rzucić kamieniem i to w sytuacji, gdy zazwyczaj temat nie jest wart zatrzymania się, tym bardziej konfliktu. To co mogę jeszcze doradzić to po prostu nie czytać komentarzy na swój temat. To jest trochę jak kąpiel w basenie z brudną wodą – nie ma sensu wchodzić do takiej wody, infekować się tym brudem.

Rozmawiała: Kinga Walczyk

Oceń artykuł
2.8/5 (9)