poradnik dla pracownika

Minimalne podwyżki, maksymalne rozczarowanie. Miliony Polaków dostaną jedynie inflacyjne wyrównanie

Pracujący za najniższą krajową oraz zatrudnieni w sferze budżetowej mogą szykować się na podwyżki… groszowe. W przyszłym roku pensje wzrosną prawdopodobnie tylko o wskaźnik inflacji – 3,8 proc. Związkowcy nie mają złudzeń: brak wyborów oznacza brak motywacji rządu, by walczyć o portfele obywateli.

Tylko inflacja, żadnej ulgi

Rządowy projekt nowelizacji ustawy o minimalnym wynagrodzeniu od miesięcy znajduje się w zawieszeniu. Miał wdrożyć unijną dyrektywę i powiązać płacę minimalną z przeciętnym wynagrodzeniem. Docelowo – 55 proc. średniej krajowej. Dziś to 53 proc. Zmiany miały wejść w życie w 2026 roku, ale wszystko wskazuje na to, że rząd nie zdąży z ich przygotowaniem.

Tymczasem już za kilka tygodni, do 15 czerwca, Rada Dialogu Społecznego powinna poznać pierwsze propozycje nowej płacy minimalnej. Jeśli pozostaniemy przy obecnych zasadach, podwyżka wyniesie dokładnie tyle, ile inflacja – 3,8 proc.. Przekłada się to na wzrost wynagrodzenia brutto z 4666 zł do 4843 zł. Dla pracownika oznacza to dodatkowe 121 zł „na rękę”. Trudno mówić o realnej poprawie sytuacji finansowej.

Przeczytaj także:

Związki zawodowe podnoszą głos

Eksperci nie pozostawiają złudzeń. Takie podwyżki to nie wzrost, lecz utrzymanie pensji w punkcie wyjścia. Na piątkowym posiedzeniu zespołu RDS ds. budżetu i wynagrodzeń wielokrotnie podkreślano, że realna siła nabywcza pracowników już teraz maleje. Rząd reaguje niechętnie – i, jak sugerują związkowcy, brak roku wyborczego sprawia, że presja społeczna nie działa jak wcześniej.

Elżbieta Aleksandrowicz z OPZZ zwraca uwagę na jeszcze jeden niepokojący trend. Coraz więcej osób zmuszonych jest przeznaczać „trzynastki” na uzupełnienie brakujących kwot wynikających z rozliczenia podatku. Zamiast dodatkowego wsparcia – przymusowe łatanie dziur w domowym budżecie. A przecież jeszcze niedawno „trzynastka” była przedstawiana jako forma uznania dla pracy i lojalności wobec państwowego pracodawcy.

Głos wyborcy przestał brzmieć?

W cieniu kampanii wyborczej temat podwyżek niemal zniknął z przestrzeni publicznej. Wzrost wynagrodzeń już w tym roku był oparty jedynie na prognozach inflacyjnych – bez żadnego bufora bezpieczeństwa. Przyszłoroczna zmiana, ograniczona wyłącznie do wskaźnika 3,8 proc., nie poprawi sytuacji milionów Polaków.

Trudno nie zapytać, czy rzeczywiście nie było środków, czy tylko zabrakło woli. Skoro unijna dyrektywa wyznacza wyraźny cel – a krajowy projekt ustawy kurzy się gdzieś na biurku – kto bierze odpowiedzialność za zaniechanie? I co ważniejsze: kto to zapłaci?

Źródło: money.pl

Oceń artykuł
0/5 (0)