poradnik dla pracownika

Jak wygląda życie muzyka? Rozmowa z Przemysławem Myszorem, muzykiem zespołu Myslovitz.

Niektórzy mają to szczęście, że ich zawodowe marzenia spełniają się, a pasja staje się sposobem na życie. Nie oznacza to jednak pasma niekończących się sukcesów, ponieważ niezależnie od wykonywanego zawodu, życie każdego z nas mieni się nie tylko blaskami, ale i cieniami. Sinusoida ta nie omija także muzyków. O tym, jak wygląda życie muzyka, o towarzyszących temu emocjach , a także o komunikacji w zespole, rozmawiamy z Przemysławem Myszorem, wieloletnim gitarzystą i klawiszowcem grupy Myslovitz oraz autorem muzyki i twórcą takich przebojów jak: Chciałbym umrzeć z miłości i To nie był film.

Pochodzi Pan z rodziny o tradycjach muzycznych. Czy miało to wpływ na ukierunkowanie Pana pasji, a następnie życia zawodowego?

Gry na pianinie zacząłem się uczyć, gdy byłem jeszcze w przedszkolu, co oczywiście było ambicją moich rodziców. Właściwie cała moja rodzina ma muzyczne tradycje i pewnym stopniu wpłynęło to na mój rozwój. Moja mama jest emerytowaną nauczycielką wychowania muzycznego. Ojciec zaś ukończył szkołę muzyczną, wykorzystując zdobyte umiejętności w czasie wolnym od pracy, kiedy to grywał na skrzypcach i dodatkowo wcielał się w rolę chórmistrza. Jego życie zawodowe było jednak związane z inżynierią. Dziadek z kolei śpiewał w chórze i grał na różnych instrumentach. Śpiewał w okolicznych chórach i był bardzo utalentowany. Miał nawet propozycję wyjazdu do Warszawy i zrobienia kariery, ale niestabilność czasów powojennych sprawiła, że został na miejscu i nie podjął wyzwania. Podobno moja babcia również była utalentowana muzycznie – grała na mandolinie. Wydaje mi się, że fakt otoczenia mnie z każdej strony przez muzykę, nie pozostał bez echa i w pewnym stopniu zdeterminował moje życiowe wybory.

Zaczęło się w przedszkolu, ale pozostało na lata?

Gdy byłem w szkole podstawowej, rodzice zapisali mnie na zajęcia ogniska muzycznego – najpierw na grę na pianinie, następnie na gitarze, która kilka lat później, w czasach liceum, zajęła kluczowe miejsce w moim życiu. Naturalną konsekwencją zaprzyjaźnienia się z gitarą była chęć założenia zespołu, a co za tym idzie, oczekiwania związane z karierą, co najmniej na miarę naszych ówczesnych idoli, czyli U2 czy Marillion. Dziś oczywiście podchodzę do tego z dużym dystansem, jednak gdy jest się młodym człowiekiem, takie marzenia wydają się być na wyciągnięcie ręki i motywują do działania. W związku z tym za dnia skupiałem się na edukacji, natomiast wieczory poświęcałem na próby zespołu, planowanie kariery i podboju świata muzyki (śmiech). Po ukończeniu nauki w liceum dostałem się do studium nauczycielskiego, które właściwie było ucieczką od obowiązkowej służby wojskowej. Co prawda, marzyło mi się kulturoznawstwo, jednak nie zdałem egzaminu z historii. Wybrałem naukę w systemie zaocznym, dzięki czemu w ciągu tygodnia mogłem pracować w wymiarze pół etatu, w młodzieżowym domu kultury.

Jak wobec tego zaczęła się Pana przygoda z zawodowym wykonywaniem muzyki?

Szczerze mówiąc, zawodowym muzykiem stałem się właściwie przez przypadek. Co prawda, dzięki moim muzycznym pasjom byłem do tego przygotowany od strony warsztatowej, jednak moje codzienne obowiązki poniekąd kolidowały ze specyfiką takiej pracy. Byłem zatrudniony w domu kultury i szkole podstawowej, więc nie narzekałem na nadmiar wolnego czasu. Nie zacząłbym więc grać zawodowo, gdyby nie pewnego rodzaju zrządzenie losu, kiedy to chłopaki z Myslovitz złożyli mi propozycję współpracy, tuż po tym jak wydali pierwszą płytę. Wydawało mi się, że nie będę w stanie pogodzić tych trzech działalności w związku z czym podjąłem decyzję o rezygnacji z pracy w szkole. Jednak po rozmowie z dyrektorką szkoły, uświadomiłem sobie, że wystarczy niewielka elastyczność ze strony pracodawcy i spokojnie będę mógł pogodzić te aktywności. Zresztą poleciłem wtedy kandydaturę Artura Rojka, którego zatrudniono w tej samej szkole na stanowisku nauczyciela wychowania fizycznego. W ten oto sposób, obydwaj przez rok godziliśmy pracę w szkole z koncentrowaniem.

Jak wyglądało zainteresowanie zespołem Myslovitz ze strony fanów w tamtym czasie?

Choć zdobywaliśmy wyrazy uznania czy nagrody dla debiutantów, dziś dostrzegam, że był to dopiero początek naszej kariery. Większą rozpoznawalność zyskaliśmy po drugiej płycie, Sun Machine, na której pojawiły pierwsze wielkie przeboje Myslovitz, takie jak: Z twarzą Marilyn Monroe i Peggy Brown. Działalność zespołu nie generowała wysokich przychodów, jednak byliśmy świadomi, że żeby osiągnąć sukces, musimy konsekwentnie trzymać się raz obranej ścieżki. Wszyscy postawiliśmy na muzykę, rezygnując tym samym z naszych dotychczasowych prac. Priorytetem były nasze marzenia i plany, którym poświęciliśmy się z pełną świadomością, że mogą nie ominąć nas finansowe kłopoty.

Nagrywanie płyty czy koncertowanie jest absorbujące. Członkowie zespołu spędzają wtedy ze sobą bardzo dużo czasu. Czy w związku z tym dochodzi do tarć?

Spędzamy w swoim towarzystwie bardzo dużo czasu, zwłaszcza podczas trasy koncertowej, kiedy to wszyscy członkowie zespołu podróżują w jednym aucie, przebywając ze sobą w bardzo małej przestrzeni. Często jesteśmy w tak zwanym niedoczasie, więc nie ma możliwości zrobienia postoju, chwilowego odpoczynku, czy nawet zapalenia papierosa. Bywa to stresujące, wręcz osaczające, dlatego zmęczenie sobą nawzajem ma różne negatywne konsekwencje w postaci frustracji i rozładowania skumulowanych emocji. To jeden z najbardziej uciążliwych aspektów naszej pracy.

Czy zawsze tak było? A może z czasem te podróże stały się łatwiejsze?

Rzeczywiście, technologia poszła do przodu, dlatego obecnie można odciąć się od reszty osób, zamknąć się w swoim świecie, założyć słuchawki, posłuchać muzyki lub obejrzeć serial. Ta możliwość izolacji, wyciszenia się, jest bardzo istotna, ponieważ jako muzycy, zwłaszcza podczas koncertów, pracujemy w hałasie, więc po koncercie potrzebujemy często ciszy, przestrzeni wolnej od rozmów czy dźwięków.

Ile koncertów rocznie gra Myslovitz?

Obecnie gramy około 40–50 koncertów rocznie. Nasz rekord to 157 koncertów w jednym roku, ale pobiliśmy go dekady temu – w szalonych latach dziewięćdziesiątych. Krótko po tym, jak płyta Miłość w czasach popkultury odniosła oszałamiający sukces, zjechaliśmy całą Polskę. Mimo, że na czterech kółkach, to jednak czuliśmy się jak marynarze – bezustannie w podróży.

Wtedy jednak panowały chyba inne realia?

Zdecydowanie tak. Celem muzyka jest dążenie do artystycznego spotkania, jakim jest koncert, z jak największą liczbą zainteresowanych fanów. Cieszyliśmy się dużym zainteresowaniem, więc graliśmy mnóstwo koncertów, wykorzystując w tym celu mniejsze sale. Przez lata trendy zmieniły się i dzisiaj artyści stawiają na mniejszą liczbę koncertów ale za to w większych obiektach, chociażby na stadionach, umożliwiających realizację imprez masowych. Gdyby teraz spotkał nas sukces analogiczny do tego sprzed ponad dwóch dekad, zapewne koncertów byłoby kilka w skali roku, za to dla ogromnej publiki. Miejmy na uwadze, że zmieniła się też struktura branży eventowej. Gdy Myslovitz zaczynał swoją przygodę ze sceną, typowe były darmowe koncerty dla publiczności, organizowane przez duże stacje radiowe. Do dziś pamiętam darmowy koncert Scorpions w Krakowie, zorganizowany przez stację RMF FM. Artyści konkurowali o udział w takich wydarzeniach, ponieważ paradoksalnie to na nich można było zarobić najwięcej. Podobnie charakteryzowała się specyfika koncertów organizowanych przez samorządy.

A dzisiaj na czym się zarabia?

Na pewno nie na sprzedaży płyt. Żartujemy między sobą, że ktoś z pewnością na tym zarabia, tylko nikt jednak nie wie kto (śmiech). Mimo iż ostatnia edycja Miłości w czasach popkultury co jakiś czas pojawia się w piątce najlepiej sprzedających się płyt winylowych w Polsce, liczba sprzedanych egzemplarzy jest co roku bardzo niska, tym samym nie jest w stanie wygenerować dużych przychodów. Najwięcej natomiast zarabia się na koncertach, ewentualnie różnych kampaniach reklamowych, kiedy to wykonawcy czerpią profity ze swojego wizerunku.

Czy czyta Pan komentarze, które pojawiają się na profilach zespołu w social mediach?

Spotykam w tych komentarzach całą gamę emocji: dobro, empatię, złość, a nawet nienawiść. Amplituda tych emocji jest bardzo zmienna, wręcz skrajna. Oczywiście mam świadomość, że krytyka, która często przeradza się w hejt, wpisuje się w pracę artysty i życie osoby publicznej. Staram się więc nie identyfikować z tymi treściami, podchodzić do nich z dystansem. Niestety w praktyce nie zawsze się to udaje i bywa, że te komentarze wpływają na moje emocje. Nie poddaję się jednak, pracuję nad tym, starając się jakoś sobie z tym radzić. Wydaje mi się, że zderzenie z różnymi opiniami na swój temat i pozostanie zupełnie obojętnym, odpornym na krytykę, jest wbrew ludzkiej naturze.

Gusta widowni i trendy zmieniają się. Jak poradzić sobie z ewentualną utratą słuchaczy, czy chwilowym wypadnięciem z grona najpopularniejszych wykonawców?

Taka sytuacja sama w sobie jest dość problematyczna, a najgorsze jest to, że często nie zauważa się momentu, w którym to się dzieje. Choć mamy świadomość, że droga artystów to z zasady góry i doliny, bardzo łatwo przywyknąć do komfortu, który daje popularność. Wskutek tego można nie dostrzec, że widownia ma już inne oczekiwania, a jeszcze trudniej jest pogodzić się z tym, że swoje pięć minut mamy za sobą.

Uważa Pan, że pojawienie się internetu bardziej pomogło czy przeszkodziło muzyce?

Pozytywny wpływ internetu na artystyczną twórczość jest bardzo złudny. Aktualnie każda osoba może swobodnie nagrać i opublikować w sieci swój album, co wpływa na masowość, z którą w parze idzie – obniżenie jakości. Tymczasem kiedyś dbano o wysoką jakość. Gwarancją wydania płyty był kontrakt z wytwórnią płytową. Wyprodukowany krążek podlegał ocenie krytyków i dziennikarzy i to ich opinia sprawiała, że piosenki stawały się przebojami. Aktualnie recenzje dziennikarzy muzycznych nie mają praktycznego znaczenia. Z drugiej strony, początki internetu zwiastowały zupełnie nową jakość i zapowiadały bardziej demokratyczny obieg twórczości. Ocenianie artystów bazowało na faktach, nie na hejcie. Niestety nie poszło to w dobrym kierunku – sieć stała się swego rodzaju bańką, skomercjalizowała się i zmonetyzowała. Jako słuchacze żyjemy w złudzeniu, że mamy ogrom możliwości, zaś tak naprawdę to algorytm podsuwa nam kolejne produkcje, kierując się kryteriami naszych wcześniejszych wyszukiwań, tym samym nie mamy szansy na poznanie nowej, ciekawej twórczości, spoza naszej bańki.

Czy sądzi Pan, że obecnie w Polsce jest jeszcze przestrzeń dla zespołów, czy jednak to solowi artyści zdominują rynek muzyczny?

Wydaje mi się, że przeważa moda na solowych artystów. Rynkiem rządzi bowiem kilka ogromnych wytwórni płytowych, eventowych czy managementów, którym łatwiej jest porozumieć się z jedną osobą, trudniej zaś pracować z zespołem. Weźmy za przykład ten wywiad: rozmawia Pan z jednym członkiem zespołu Myslovitz. Natomiast rozmowa z całym składem byłaby praktycznie niemożliwa. Z kolei z punktu widzenia muzyka na pewno swobodniej pracuje się w zgranym zespole, wtedy można wymieniać się pomysłami, rozwiewać wzajemnie swoje wątpliwości. Konieczność decydowania o swojej twórczości w pojedynkę, to ogromna trudność.

Po czym, Pana zdaniem, ocenia się sukces w muzyce?

Są różne rodzaje sukcesu. Sukces może być komercyjny, wizerunkowy czy artystyczny. Czasem występują razem ale najczęściej osobno. Punktem wyjścia w pracy artysty jest tworzenie dla siebie, jednak poprzez sztukę poszukujemy akceptacji innych ludzi i to właśnie ta akceptacja jest miarą sukcesu. Po latach wykonywania tego zawodu mam też przeświadczenie, że jego istotą – jak zresztą każdej pracy twórczej – jest przekazywanie emocji i ich wpływ na innych. Często powtarzam, że najważniejsze jest to jakim człowiekiem stajesz się po wysłuchaniu piosenki. Pytanie brzmi, co ta piosenka ci zrobiła i czy zrobiła ci cokolwiek? Z czym jako artysta cię zostawiam?

Dla mnie dowodem mojego sukcesu – jako muzyka – jest pewna historia, którą lubię przytaczać. Jakiś czas temu podczas spaceru z psem spotkałem kobietę, która mnie rozpoznała i powiedziała, że przebój Acidland zmienił jej życie. Przyznała, że zawsze marzyła o pracy nauczycielki, ale dopiero zainspirowana tekstem tego utworu postanowiła nią zostać. To właśnie uważam za sukces.

Rozmawiał: Jędrzej Cichocki

Współpraca: Kinga Walczyk

Oceń artykuł
3.6/5 (16)