Rozporządzenie z 1 września miało wyczyścić szkoły ze śmieciowego jedzenia. To się nie udało. Ale za to wyczyściło szkoły ze sklepików i ich pracowników.

Słuszna idea, kiepskie wykonanie

Zasadniczym celem projektu rozporządzenia ministra zdrowia jest wzmocnienie ochrony zdrowia dzieci w wieku przedszkolnym i szkolnym, poprzez ograniczenie dostępu na terenie przedszkoli, szkół i placówek opiekuńczo-wychowawczych do środków spożywczych zawierających znaczne ilości składników niezalecanych dla ich rozwoju” – można było przeczytać w rozporządzeniu ministra zdrowia. Idea wydaje się słuszna, przecież co czwarte dziecko cierpi w Polsce na otyłość, lecz z wykonaniem już gorzej. Ktoś nie pomyślał jak taka  nagła i „siłowa” rewolucja wpłynie na sklepiki szkolne, stołówki i bufety. W połowie roku szacowano, że sklepiki szkolne znajdują się w 63% podstawówek i 85% gimnazjów. Są to głównie małe rodzinne firmy. Wartość tego biznesu szacuje się na ok. 200 milionów złotych. Teraz ten biznes otrzymał potężny cios.

Kto zapłaci za rewolucję?

Rozporządzenie o żywności w szkołach uderzyło nie tylko w kubki smakowe konsumentów. Media mainstreamowe milczą, lecz w internecie głośno mówi się o ludziach, którzy z powodu rozporządzenia stracili pracę. W wielu szkołach sklepiki przestały działać, chociażby z obawy przed restrykcjami finansowymi z powodu niedotrzymania wyśrubowanych norm. Niektórzy ponieśli straty, gdyż listę dozwolonych produktów opublikowano dopiero 27 sierpnia, gdy wielu sprzedawców miało już zakupiony towar. Wielu sprzedawców ma teraz problem ze znalezieniem dostawców i odpowiednich produktów w hurtowaniach. Pojawia się problem ze sprzedażą dużej ilości nieprzetworzonych produktów bez wzrostu cen. Ceny rosną również w stołówkach. To głównie problemem dla biedniejszych dzieci, które jak alarmują sprzedawcy w internecie, nie zawsze mogą sobie pozwolić na „nowe” jedzenie.  Ostrzegano, że finalnie obiady w bufetach i stołówkach mogą podrożeć nawet o 50%.

Bezrobocie do przewidzenia

Nie ma jeszcze oficjalnego raportu, ile tak naprawdę zamknięto sklepików, bufetów, stołówek i podobnych biznesów. Możemy tylko znaleźć wypowiedzi ich właścicieli w internecie. Ale efekt tak restrykcyjnych przepisów, oraz gwałtownego ich wprowadzania, był łatwy do przewidzenia. Jednak już w lipcu Konfederacja Lewiatan ostrzegała, że rozporządzenie o sklepikach szkolnych  może doprowadzić do ich masowego zamykania oraz wzrostu cen produktów. Także w lipcu dyrektor jednej z gdańskich szkół przewidywał, że wielu nawet 90% właścicieli sklepików może finalnie wypaść z biznesu. Także przedsiębiorcy ostrzegali, że rozporządzenia może oznaczać zniknięcie nawet 30 tysięcy miejsc pracy (także wśród dostawców i producentów). Jak alarmuje poseł Przemysław Wipler, w niektórych sklepikach sprzedaje się teraz jedno jabłko dziennie, a właścicieli nie stać na zapłacenie składki ZUS.

Krajobraz bo bitwie

Minął miesiąc. Rozporządzenie nie zmieniło nawyków żywieniowych uczniów, którzy i tak kupują to co chcą poza szkołą na przerwach. Sprzedawcy tracą, gdyż dzieci nie chcą pić np. napojów ryżowych, owsianych i orkiszowych zamiast soków. Nie każdy lubi „obowiązkową” kawę zbożową, słodzoną jedynie naturalnym  miodem (a więc produktem drogim). Nie można nawet sprzedawać soków przecierowych z owoców i warzyw, ponieważ zawierają zbyt wiele cukru. Kwitnie za to czarny rynek, a dzieci dealują batonami i jagodziankami. W stołówkach dzieci nie chcą jeść z powodu ograniczenia ilości soli (prawie do zera), Nie chcą także pić gorzkiej herbaty lub niesłodzonego kompotu (to oznacza straty, a wkrótce nawet zwolnienia). Sama minister edukacji Joanna Kluzik – Rostkowska przyznała, że otrzymuje sygnały o dzieciach, które nie są w stanie jeść „nowego” jedzenia i obiecuje, że podejmie w tej sprawie działania. Jednak wielu właścicieli sklepików poniosło już nieodwracalne straty. Przykładowo, w większości stargardzkich szkół sklepiki zostały zamknięte, a w niektórych placówkach zostały zastępowane są automatami vendingowymi. Jak podaje serwis Poranny.pl, zamknięty został również sklepik w ZSI nr 1 i SP 15 w Białymstoku. W niektórych placówkach nie ma chętnych do wzięcia udziału w przetargach na nowe sklepiki. Tym samym wprowadzenie rewolucji żywieniowej dla wszystkich okazało się niestrawne.