– Byłam nękana i poniżana, obrażano moją rodzinę – opowiada urzędniczka Ministerstwa Zdrowia Joanna Koczaj-Dyrda w rozmowie z serwisem GoWork.pl. – Mimo wygranej w sądzie I instancji czuję się zmuszona do odejścia, bo przełożeni nadal traktują mnie jak trędowatą. Za to żadnej z osób napiętnowanych przez sąd nie spadł włos z głowy, wszyscy mają się jak pączki w maśle. Główny sprawca mojego nieszczęścia decyzją ministra został przeniesiony na stanowisko radcy prawnego do podległej instytucji, drugi – awansował. Inna osoba nadal sprawuje wysokie kierownicze stanowisko w resorcie.

 

Nagłośniła Pani mobbing w Ministerstwie Zdrowia, wygrała proces z resortem w pierwszej instancji. Sąd przyznał Pani odszkodowanie i nakazał ministerstwu przeprosiny. Czuje się Pani bohaterką?

– Wręcz przeciwnie. Jestem sfrustrowana.

Jak to?

– Mimo wygranej w sądzie, mam poczucie całkowitej klęski. Zamierzam odejść z resortu. Poszłam do sądu, bo nie mogłam znieść, że w jednej z najważniejszych instytucji w naszym kraju ludźmi pomiata jeden człowiek pozbawiony jakichkolwiek zahamowań wraz z garstką współpracowników. Wierzyłam, że jestem w stanie coś zmienić, że stając z otwartą przyłbicą, pomogę oczyścić ministerstwo z patologii. Wygrałam na sali sądowej, ale w prawdziwym życiu górą okazała się bezduszna instytucja. Przełożeni robili wszystko, żeby mnie zmęczyć, zniechęcić i zmusić do odejścia. Niestety dopięli swego.

Nie przesadza Pani? Może miała Pani zbyt wysokie oczekiwania.

– Chciałam być tylko traktowana fair, nic więcej. Jestem osobą aktywną i zaangażowaną, we wszystko, co robię, wkładam serce. Liczyłam, że będę mogła uczciwie pracować, wykorzystując swoje doświadczenie i kompetencje. A po wystąpieniu na drogę sądową i wygranym procesie spotkał mnie ostracyzm. Jestem radcą prawnym, co brzmi poważnie, ale w praktyce nie dostaję żadnych realnych zadań, mam jedną z najniższych pensji. Przełożeni w ministerstwie traktują mnie jak trędowatą. Wygrana w sądzie niczego nie zmieniła.

(album prywatny: Joanna Koczaj-Dyrda)

Czy to znaczy, że nie wystąpiłaby Pani ponownie przeciwko ministerstwu, gdyby dało się cofnąć czas?

– Pewnie bym wystąpiła, bo czułam, że nie można dawać przyzwolenia na takie traktowanie ludzi. Ale prawda jest taka, że walka z nękaniem w miejscu pracy jest gehenną dla ofiary. Na końcu człowiek zostaje z tym wszystkim sam. Koledzy i koleżanki z pracy dzwonili do mnie wieczorami, mieliśmy wielogodzinne rozmowy o sytuacji w resorcie, ale następnego dnia, gdy przychodziłam do ministerstwa, ludzie odwracali na mój widok głowy. Gdy widzieli mnie na parkingu, przechodzili na drugą stronę ulicy albo wiązali buty. Czułam się jak pijak, od którego ludzie odsuwają się w tramwaju. Traumatycznym przeżyciem jest też sam proces: nazwisko na wokandzie, spotkania twarzą w twarz z oprawcami i ich pomocnikami. Na mojej rozprawie zjawiły się osoby, z którymi nie miałam żadnego kontaktu w resorcie, które widziałam pierwszy raz na oczy, i które składały obciążające mnie zeznania. W kilku różnych toczących się procesach, wytoczonych także przez samych mobberów, znaleźli się też pracownicy, którzy byli naocznymi świadkami znęcania się lecz mimo wcześniejszych deklaracji i wręcz odgrażania się – na sali sądowej zeznawali, że nic nie wiedzieli. A przecież oni sami byli ofiarami przemocy ze strony swoich przełożonych i to także w ich interesie leżała słuszna ochrona swoich praw. Potem niektórzy tłumaczyli się, że nie mogli powiedzieć prawdy z różnych powodów, które sprowadzały się do obawy o utratę pracy. Inni po prostu omijali mnie szerokim łukiem nie chcąc, by ktokolwiek ich ze mną widział. Przykładem takiej osoby jest wieloletnia sekretarka, która przez otwarte drzwi była naocznym świadkiem awantur, krzyków i obelg, a w sądzie zeznała, że niczego nie widziała. Sprawę znęcania się nad pracownikami Ministerstwa Zdrowia zgłosiłam do prokuratury. Niektórzy pracownicy spośród powołanych przeze mnie na świadków w tej sprawie najpierw mówili, że przyjdą zeznawać, a w ostatniej chwili się wycofywali.

Sąd w wydanym wyroku uznał, że w ministerstwie naruszono Pani dobre imię, godność i reputację zawodową. Co to właściwie oznacza?

– Bycie ofiarą mobbingu nie musi oznaczać, że ktoś kogoś uderzył czy zwyzywał. Często chodzi o długotrwały, złożony proces, który niszczy człowieka i rzutuje na wszystkie sfery, włącznie ze zdrowiem i życiem prywatnym. W moim przypadku to była suma najróżniejszych zdarzeń, począwszy od braku zgody na udział w aplikacji radcowskiej, bezprawne potrącanie wynagrodzeń, a skończywszy na krzykach, obrażaniu, czy nakazie pracy w weekendy. Jeśli powiem, że uporczywie tropiono długość moich przerw, drobiazgowo sprawdzano, o której wracam z aplikacji do ministerstwa, ile czasu spędzam w biurze, to ktoś powie, że przecież nie ma w tym nic nadzwyczajnego, bo praca to nie wakacje. Ale jeśli człowiek jest tak zestresowany, że na aplikacji radcowskiej siedzi z duszą na ramieniu w obawie przed tym, co jego prześladowcy tym razem wymyślą, jeśli pojawiają się poważne problemy zdrowotne powodowane stresem i trzeba zacząć uczęszczać do psychologa, to naprawdę nie jest dobrze. A tak było w moim przypadku. Byłam poniżana w obecności innych pracowników, obrażano moją rodzinę, stawiano mi zadania niemożliwe do spełnienia, zarzucano, że podczas wyjazdu na kontrolę na Śląsk zrobiłam sobie przerwę na toaletę w McDonaldzie, odmawiano mi prawa do wypoczynku po powrocie z kontroli na Śląsku o godzinie 2.00 w nocy. Większość tych sytuacji z osobna pewnie mogłaby znaleźć jakieś usprawiedliwienie, ale ich suma, metodyczność mogą wykończyć człowieka. Smutne jest to, że do takich rzeczy dochodziło nie w jakiejś przypadkowej, prywatnej firmie, ale w Ministerstwie Zdrowia, czyli miejscu odpowiedzialnym za zdrowie ludzi!

Jak takie nękanie w miejscu pracy przekłada się na życie prywatne?

– Rodzina i znajomi po jakimś czasie zaczynają mieć dość. Dzieci chcą mieć normalną matkę, mąż – żonę, a znajomi boją się, że każde spotkanie zamieni się w narzekania na pracę. Mobbing niszczy życie ofiary we wszystkich wymiarach.

Co się stało z osobami, które Panią nękały?

– To jest w tym wszystkim najsmutniejsze. Główny sprawca mojego nieszczęścia decyzją byłego ministra zdrowia prof. Mariana Zembali został przeniesiony na stanowisko radcy prawnego do jednej z instytucji podległych szefowi resortu. Drugi urzędnik trafił na wysokie stanowisko kierownicze w innym urzędzie podległym ministrowi. W sensie formalnym i faktycznym awansował. Inna osoba nadal sprawuje wysokie kierownicze stanowisko w resorcie. Żadnej z osób napiętnowanych przez sąd nie spadł włos z głowy, wszyscy mają się jak pączki w maśle. Wręcz awansowali i to jeszcze na stanowiska kierownicze, na których nadal zarządzają ludźmi! To niesprawiedliwe i ma bardzo negatywny wydźwięk społeczny. Przestaje dziwić to, że nękani pracownicy nie reagują na krzywdę swoją i kolegów z pracy.

Dlaczego tych ludzi nie spotkały żadne konsekwencje?

– Bo na rynku jest zapotrzebowanie na mobberów. Po prostu. Firmy i instytucje szukają ludzi brutalnych i bezwzględnych. Zwłaszcza tam, gdzie mają miejsce nadużycia, które trzeba ukryć. W administracji publicznej odbywa się to za pieniądze publiczne, czyli my wszyscy to finansujemy. Niestety także prawo nie stoi dziś po stronie ofiary. Z tego powodu przygniatająca większość spraw sądowych dotyczących mobbingu kończy się porażką osoby nękanej. Taką osobę bardzo łatwo w sądzie zdyskredytować. To błędne koło. Jeśli ofiara – dajmy na to – doznaje rozstroju zdrowia, mobber może łatwo podważyć jej wiarygodność, podnosząc kwestię leczenia psychiatrycznego. A jeśli dla odmiany stres nie przekłada się negatywnie na zdrowie, to oprawca przekonuje sąd, że do żadnego nękania nie doszło, bo przecież człowiek jest zdrowy. Ofiarę bardzo łatwo nękać też prawnie. Powiem na swoim przykładzie. Mój oprawca wytoczył mi w sumie siedem postępowań: sprawę karną o pomówienie, drugą sprawę karną o fałszywe oskarżenie, trzecią sprawę karną – we współpracy z ministerstwem – o oszustwo, dwie dyscyplinarne w samorządzie radcowskim, toczące się na podstawie procedury karnej i dwie dyscyplinarne w resorcie. Na szczęście wszystkie sprawy kończą się po mojej myśli, ale część jest jeszcze w toku. Trzeba nie lada determinacji, żeby po drodze się nie poddać.

Jak Pani sobie z tym radzi?

– Po prostu walczę o sprawiedliwość w słusznej sprawie, o ochronę zdrowia i życia ludzkiego, o godność ludzką i z tej walki staram się czerpać siłę. Chcę swoją traumę przekuć w coś pożytecznego. Chcę pomagać ludziom, którzy padli ofiarą nękania. Tak olbrzymie i traumatyczne doświadczenie nie może pójść na marne. Skoro ja przez to przechodzę, to mogę pomóc wielu ludziom również przez to przejść tak, aby to oprawca został ukarany, a nie ofiara. Dodatkowo zamierzam zrobić doktorat z prawa pracy. Tematem mojej pracy będzie właśnie mobbing, a w szczególności to, jak jest obecnie i jak powinien być opisany w kodeksach. Po swoich przejściach czuję się w tej dziedzinie ekspertem.

 

GoWork.pl to największy serwis internetowy w Polsce zawierający opinie o pracodawcach, znajduje się w nim 3,5 mln komentarzy pracowników o firmach. Portal odwiedza ok. 5 mln osób miesięcznie. Szef serwisu Adam Kosieradzki kilka miesięcy temu zainicjował akcję „Zero tolerancji dla mobbingu, krzyku, płaczu w firmie”, która ma służyć poprawie funkcjonowania polskich firm. Zwrócił się z apelem do pracowników o zgłaszanie wszystkich przypadków mobbingu i poniżania w miejscu pracy. GoWork gwarantuje sygnalistom anonimowość i w razie potrzeby – także pomoc prawną.