W tej profesji, to pogoda wyznacza rytm pracy, a osoby wykonujące ten zawód mogą liczyć na zlecenia tylko przez kilka miesięcy w roku. Jak wygląda praca alpinistów przemysłowych? Czym zajmują się po sezonie oraz skąd wziął się pomysł na taką formę zarabiania na życie?

Pogoda – to ona wyznacza rytm pracy

Zamiast ciepłych, wiosennych promieni słońca, maj przywitał nas chłodnym, jesiennym deszczem. Niemal wszyscy liczyli na to, że wraz z nadejściem tego miesiąca, zjawi się również wiosna. Rozczarowanie z jej braku dla jednych oznacza późniejsze rozpoczęcie sezonu grillowego, inni z kolei nieco później wsiedli na rower. W porównaniu do osób, którym pogoda wyznacza rytm pracy – a takich profesji nie brakuje – nie są to jednak duże problemy. W pewien majowy poranek biurowiec, w którym mieści się jeden z naszych oddziałów, doprowadzany był do czystości po jesiennych i zimowych zawieruchach przez alpinistów przemysłowych. Takiej okazji do rozmowy nie mogliśmy przepuścić. Wspomniane warunki meteorologiczne w ogromnym stopniu wpływają na ich pracę: sezon na mycie zaczyna się w marcu, jeśli nie ma śniegu. W tym roku było jednak deszczowo, a to mocno utrudnia wykonywanie obowiązków. Przychodziliśmy do pracy, a tu o 10 zaczynało padać i wracaliśmy do domu. Pod koniec września zaczyna się jesienne mycie, którego jest jednak trochę mniej. Po zimie jak nie ma śniegu, to te budynki są często bardzo brudne. Deszcz nas ściąga, ale jednak nie „psuje” pracy, którą wykonaliśmy do tej pory. Doprowadzenie do czystości takiego biurowca jak wasz na Prostej (ulica, przy której mieści się biuro serwisu GoWork.pl, przyp. red.) zajmie nam około dwóch tygodni. Samo umycie trwałoby 4-5 dni, ale w tym wypadku dochodzi też czyszczenie blachy, którą trzeba też pokryć specjalną warstwą – mówi nam Tomasz Wańszys, wykonujący ten zawód od 3 lat.

Zacznijmy od początku

Zaczęliśmy trochę przewrotnie, od określenia roli pogody w tej niełatwej profesji. Warto wspomnieć, że nie jest to praca dla wszystkich. Już samo rozpoczęcie tego fachu bywa trudne: Osoby spoza tej branży będą miały duże kłopoty żeby rozpocząć taką pracę. Trzeba to robić pół roku, rok żeby „złapać o co chodzi”. Najpierw po prostu próbowałem, czy ta praca jest dla mnie, na początku to nie jest łatwe. Trzeba oswoić się z wysokością i przede wszystkim ze strachem. Jak zaczynaliśmy, to skupialiśmy się przede wszystkim na ściągaczce i wodzie, żeby robić to dobrze, teraz są to już czynności automatyczne – informuje z kolei Marek Netter, właściciel firmy Markus, zatrudniającej 4 osoby. Swoją działalność założyłem w ubiegłym roku. Jesteśmy podwykonawcami firmy Alpine Way, która sprząta i myje elewacje budynków. Takie firmy otrzymują zlecenia i mają, np. 30 takich ekip, które w ciągu 3 miesięcy muszą umyć kilkanaście biurowców. Takiemu przedsiębiorstwu nie opłaca się zatrudniać pracowników na stałe, bo sezon trwa na początku roku 2-3 miesiące i jeszcze krócej po wakacjach. W przypadku stałego zatrudnienia, rodzi się pytanie, co robić z tymi ludźmi w ciągu reszty roku – dodaje.

Dobry sprzęt to podstawa

Dla osób po drugiej stronie okna taka praca może wydawać się niebezpieczna. Jak twierdzą jednak nasi rozmówcy – Marek Netter, Tomasz Wańszys i Ireneusz Czaja, pracujący w tej branży, wcale tak nie jest. Podkreślają oni, że choć zdarzają się groźne sytuacje, to sama praca nie jest niebezpieczna, a zagrożenie stwarza najczęściej człowiek – jeśli nie popełni on błędu, to sprzęt nie ma prawa zawieść: Linki, karabinki, sprzęt, którego używamy jest z „górnej półki”, w którym nie może być błędu fabrycznych. Firmy, które to produkują nie mogą sobie na to pozwolić. Lina wytrzymuje 3,5 tony. Ja, ważąc 140 kilo i będąc najcięższym z ekipy, podczas spadania będę ważyć 1,3 tony, wiec jest jeszcze duży zapas. Obrazowo można powiedzieć, że lina udźwignęłaby samochód. Z kolei urządzenia zjazdowe, których używamy są do 150 kilo. Każdy z nas też ma uprawnienia alpinistyczne. My wprawdzie nie uprawiamy wspinaczki, ale znamy takie osoby, które „po godzinach” interesują się jeszcze wspinaczką. Jest to jednak mały odsetek. W naszym fachu, takie uprawnienia alpinistyczne robi się przede wszystkim w celach zarobkowych, bez nich żaden administrator budynku nie wpuści nas na dach. Uprawnienia, o których wspominają nasi rozmówcy nie należą do najtańszych. Koszt kursów alpinistycznych – który pokrywają zainteresowani – oscyluje w granicach 1400 zł.

Zagrożenie jednak istnieje

Mimo zapewnień naszych rozmówców, że wbrew pozorom praca jest bezpieczna, groźne sytuacje jednak się zdarzają: zawsze podpina się 2 stanowiska – jedno do zjazdu, drugie do asekuracji – trochę jak ze spadochronem, jeśli zawiedzie jeden, to jest drugi. Nam się jednak nie zdarzyło żeby pierwsze stanowisko zawiodło, ale jeden kolega zjechał kilka metrów w dół, bo pierwsze zabezpieczenie „puściło”, a zanim zareagowała asekuracja, to zdążył polecieć 2 piętra w dół, wszystkie rzeczy wylądowały na ziemi. My na szczęście wolimy 3 razy sprawdzić stanowisko zanim ruszymy do pracy. Jak widać, nigdy nie ma stuprocentowej pewności, że nic złego się nie stanie. Zagrożenie wynika jednak z błędu ludzi, a im dłużej wykonuje się ten zawód, tym większego zaufania do sprzętu się nabiera: Pierwsze wyjście za próg to było przeżycie, no i strach. Na początku sprawdzaliśmy każdy karabinek i stanowisko po 15 razy, teraz tego nie ma, jest zaufanie do sprzętu, a wtedy każdy ruch, przesunięcie liny wywoływało niepokój. Dziś wiemy, że dobrze przymocowany sprzęt nie zawiedzie.

Co poza myciem?

Jak już wspomnieliśmy, mycie biurowców nie gwarantuje zatrudnienia przez cały rok. Nasi rozmówcy potrafią jednak wykorzystać swoje zdolności i przenieść je do innej branży: Wywodzimy się z branży budowlanej i w dalszym ciągu w niej pracujemy na własną rękę tylko używając tego sprzętu, pracując z lin. To nasz ogromny atut. Powiedzmy, że trzeba pomalować budynek, ale administracja nie chce mieć rozstawionych rusztowań, bo te przeszkadzają mieszkańcom, niszczą trawniki i psują krajobraz, wtedy takie zlecenie trafia do nas, a my wykonujemy je pozostając niewidocznymi dla mieszkańców. Nie ma żadnego „placu budowy”, a każdego dnia widać efekt naszej pracy. Zachowujemy porządek na osiedlu i pozostajemy praktycznie niewidoczni. Dzięki temu nie narzekamy na brak zamówień – wręcz przeciwnie telefony się urywają. Nasi rozmówcy podkreślają, że choć ta praca jest bardziej niż budowlanka, to mocniej obciąża też różne partie ciała, jak np. kręgosłup i ręce. Niestety jest również nieprzewidywalna. Wynagrodzenie wypłacane jest za zrealizowane zlecenie, a nie czas, który się na nie poświęca. Sprawia to, że kalendarz jest często mocno napięty, a opóźnienia w jednym budynku przesuwają kolejne zlecenia. Zawsze jednak zawieramy w umowie stosowną klauzulę i informujemy o takich nagłych sytuacjach. Na szczęście ludzie też to rozumieją, wiedzą, że jak pada deszcz to mamy opóźnienie. Czasami jak mamy sztywne terminy i musimy zacząć jakąś pracę, to dzielimy się na dwie grupy – jedna kończy bieżące zlecenie, a druga zaczyna kolejne – dodają nasi rozmówcy.

Konkurencja nie śpi

Nasi rozmówcy podkreślają, że zarobki w budowlance są mniejsze i to właśnie pieniądze były głównym czynnikiem, który doprowadził do ich przebranżowienia. Wraz z rosnącym zapotrzebowaniem na tego typu usługi, zwiększa się też konkurencja: wyrastają biurowce, a wraz z nimi inne, podobne do naszej firmy. Ten boom wkrótce powinien się jednak skończyć, bo stawki idą też w dół. W dalszym ciągu jednak jest lepiej niż w budowlance, która mocno odczuwa obecność zarobkowych imigrantów z Ukrainy: my nie odczuliśmy mocno ich obecności. Nie wiemy jak kształtuje się sprawa z ich uprawnieniami, ale z naszym obserwacji wynika, że ukraińskie kursy nie są wystarczające i takie osoby muszą je zrobić w Polsce. Żebyśmy my mogli wyjechać za granicę do pracy, to musielibyśmy zrobić międzynarodowy kurs IRATA.

Biurowiec po drugiej stronie okna

Najwyższym budynkiem mytym przez naszych rozmówców był warszawski wieżowiec North Gates, mierzący 94 metry zlokalizowany na ulicy Bonifraterskiej. Po kilku latach w branży, zaglądając przez okno biurowców, nauczyli się oni rozróżniać nowych pracowników od osób pracujących tam już kilka lat: niektórzy zachowują się dziwnie, patrzą na nas jak na koty, ale jeśli ktoś pracuje kilka lat, to nie zwraca na nas uwagi. No chyba, że sami to sprowokujemy i kogoś wystraszymy, ale takie sytuacje są sporadyczne. Jedna kobieta była mocno zaskoczona tym, że myjemy okna późnym popołudniem i mało brakowało, a dostałaby zawału. Nie wszyscy jednak ograniczają się tylko do ciekawości: niektórzy są do tego stopnia mili, że dziękują nam przez okno, innym z kolei przeszkadza to, że mamy włączone radio, które nam dużo daje. Jesteśmy od siebie oddaleni o kilka metrów, nie możemy ze sobą porozmawiać, a dzięki temu, że mamy ze sobą radio, posłuchamy chociaż trochę muzyki. My też myjąc takie korporacyjne biurowce wiemy, że jak wybije 17 to tabun ludzi wychodzi z pracy i wtedy bardziej opłaca nam się zjechać na linie niż czekać na windę.

Praca alpinisty przemysłowego wbrew pozorom nie jest niebezpieczna – jeśli nie zawiedzie człowiek, niemal na pewno nie zrobi tego sprzęt. Osoby wykonujące ten zawód bardziej obawiają się niekorzystnej aury, która może opóźnić realizowane zlecenia. Jednocześnie wraz z powstawaniem kolejnych biurowców, profesja ta zyskuje na popularności, mimo iż nie gwarantuje całorocznego zatrudnienia. Na szczęście nasi rozmówcy, nie narzekają na brak pracy przez cały rok.

Autor: GoWork.pl